03 listopada 2018

ROZDZIAŁ 16. 'SIEBIE JUŻ NIE POZNAJĘ.'


*Cassandra*

   Kolejna noc z rzędu, kiedy budzę się bez konkretnej przyczyny. Kolejna noc z rzędu, kiedy zostaję sama ze swoimi myślami i mimo, że jestem niesamowicie zmęczona, jest to kolejna noc przespana tylko w połowie. Jedynie jej namiastka. Chciałabym mieć przy sobie osobę, przy której mogłabym nareszcie odpocząć. Przy której mogłabym na chwilę zasnąć, zapomnieć o otaczających mnie sprawach i dostarczyć odrobinę energii dla swojego organizmu, który naprawdę tego potrzebuje. Nie wiem, ile tak wytrwam. Spać jedynie 4 godziny dziennie? Na kilku kawach? Chyba nie jedna osoba już dawno by zemdlała.
   Przewróciłam się na drugi bok i dostrzegłam, że w pokoju zrobiło się znacznie jaśniej niż było jeszcze pół godziny temu. Sięgnęłam po telefon leżący na szafce obok łóżka i uniosłam go, by sprawdzić godzinę. Światło oślepiło moje oczy, a gdy ekran przedstawił aktualna godzinę, zrozumiałam, że jest już prawie piąta rano. Czyli obudziłam się znacznie później niż zwykle, co znaczy, że może dochodzę do normalności. Ale 'może' nie oznacza, że na pewno.
   Zablokowałam wyświetlacz, ścisnęłam telefon w ręce, zamykając oczy i głęboko oddychając, i rzuciłam już pobity doszczętnie smartfon na blat szafki. Jeśli w następnym tygodniu również nie będę prawie spać, to chyba poszukam jakiegoś specjalisty. A jeżeli on też nie pomoże, to już nic nie pomoże. Zostanie w ostateczności rzucić się z dachu tego budynku i sprawa załatwiona. Poszłoby może i ciut boleśnie, ale szybko. Poza tym, po co miałabym się tym przejmować, skoro zaraz już nie musiałabym żyć? Logiczne myślenie.
   Przewróciłam się na plecy, otworzyłam znów oczy i zobaczyłam biały sufit, widoczny teraz dzięki wschodzącemu słońcu. Nie no, przecież to jasne, że już dziś nie zasnę, nawet jeśli jestem niezwykle zmęczona. Po prostu mój organizm robi co chce i ja chyba nie mam tu nic do gadania. Mam popieprzone życie. Definitywnie.
   Usiadłam i przeczesałam dłonią włosy. Zeszłam z łóżka i stanęłam na chłodnych panelach, a moje ciało przeszedł dreszcz. Mimowolnie się zatrzęsłam i wsunęłam stopy w kapcie, a potem wyszłam ze swojej sypialni. Przeszłam przez korytarz i natychmiast zmrużyłam oczy, gdy doszło do nich jasne światło z salonu. Ale wszystkie światła chyba gasiłam, więc nie powinny się świecić. Jeszcze tak mnie nie pokręciło, nie lunatykuję. A jeśli to nie byłam ja, oznacza to, że jeszcze ktoś w tym apartamencie nie śpi. I już chyba domyślam się kto.
   Dotarłam do głównego pomieszczenia w moim domu i zobaczyłam na kanapie Jake'a z laptopem na kolanach. Był jedynie w szortach, a przed nim stał talerz z kawałkiem czekoladowego ciasta. Przez okno w tej części mieszkania można było zobaczyć, jak piękny jest wschód słońca. Idealny widok na początek dnia. Ruszyłam w kierunku chłopaka powolnym krokiem.
Co robisz tutaj o tej porze? - zapytałam. Pytanie miało być oczywiście kierowane do niego, ale najwyraźniej szłam zbyt cicho, by mógł wiedzieć, że jestem w tym samym pomieszczeniu wraz z nim, bo laptop o mało co nie spadł z jego kolan i zobaczyłam wtedy, że chyba ciut go zaskoczyłam. Nie ciut, dość bardzo, by zaczął szybciej oddychać.
- O matko. - Zamknął oczy i głęboko odetchnął. - Nieźle mnie przestraszyłaś, Cass. - Ponownie oparł się wygodnie o zagłówek kanapy i spojrzał na mnie, gdy usiadłam zaraz obok niego.
- Co tu tak wcześniej robisz? - zapytał, a ja westchnęłam.
- Nie mogę spać, jak co noc. - Pokręciłam głową i przeniosłam wzrok na okno. Z minuty na minutę robiło się coraz piękniej, a co za tym idzie, także jaśniej. - A ty? - odbiłam pytanie do niego.
- Chyba mój mózg też uznał, że mam już dłużej dziś nie spać. - Wzruszył ramionami, a ja zerknęłam na ławę na przeciw.
- Jest jeszcze kawałek tego ciasta czy zabrałeś wszystko?
- No przecież, że jest – odparł z delikatnym uśmiechem.
- To zaraz wracam. Muszę dostarczyć sobie trochę cukru. - Wstałam z kanapy i pokierowałam swoje nogi ku kuchni.
- I słusznie. Jesteś chuda jak patyk – usłyszałam jeszcze za sobą.
- Kelly jest szczuplejsza – odpowiedziałam, wchodząc do kuchni.
- Kelly to modelka, a ty jesteś prawie tak samo szczupła jak ona.
- No dzięki, brat. - Otworzyłam lodówkę.
- To miał być komplement. Wszystkie modelki to wieszaki na ubrania – powiedział głośniej, gdy zorientował się, że już mnie tam nie ma. - Ale się nie obrażaj, dobra?
- Czyli Kelly to wieszak na ubrania, tak? - zapytałam, próbując ukryć swoje rozbawienie. Ten chłopak potrafi rozśmieszyć mnie nawet w najbardziej beznadziejnej sytuacji. To cecha na plus.
- Ej, ty tego jej nie mów, bo więcej się do mnie nie odezwie.
- Spokojna głowa – zapewniłam go, wyjmując duży talerz z ciastem.
- Ale wiesz, że chodziło mi o to, że... - zaczął ponownie mówić, a ja wyczułam w jego głosie zawahanie.
- Że co? - zaciekawiłam się, stawiając ciasto na blat. Odwróciłam się, by poszukać noża, ale zamiast tego natrafiłam na coś innego. Jestem pewna, że tego wcześniej tu nie było.
- Mam piękną siostrę – dokończył Jake po chwili.
- No to... dzięki Jake – odparłam nieco sztywnie.Sięgnęłam po nieduże pudełko, zapakowane w czarny papier i obwiązane dookoła różową wstążką. Oczywiście, że tego wcześniej tu nie było, przecież bym to zobaczyła.
   Zerwałam papier, a moim oczom ukazało się jasne pudełko. W oczy wpadło mi logo Apple i już wiedziałam, co jest grane. Nim otworzyłam pudełko, zamknęłam oczy i głęboko odetchnęłam, by się uspokoić. Chyba go zabiję. Otworzyłam opakowanie i zobaczyłam przed oczami najnowocześniejszy model białego iPhona. Wzięłam go do rąk, był identyczny jak ten mój, który w tej chwili był pobity.
W pudełku leżała też mała, blado-różowa karteczka, którą od razu, gdy zobaczyłam, wzięłam do ręki, odkładając wcześniej smartfon na miejsce. Zaczęłam czytać i to potwierdziło moje przypuszczenia.

'Widziałem, że twój odrobinę się pobił. Nie mogłem już dłużej na niego patrzeć, więc mam nadzieję, że ten przyda ci się bardziej. - L.'

   Ścisnęłam mocno szczękę, schowałam wszystko z powrotem do pudełka i zabrałam ze sobą, a potem przeszłam do salonu.
- Jake, widziałeś by Louis coś tu zostawiał, kiedy tu przychodził? - zapytałam, stojąc za kanapą.
Odwrócił się do mnie i zmarszczył czoło, nie wiedząc, o co mi chodzi.
- Nic nie widziałem, przecież wygoniłaś nas do pokoju – odparł.
   I wtedy przypomniałam sobie też o tym, że ostatecznie nie porozmawiałam z nim o tym, że podsłuchiwał. Co ze mną jest nie tak? Liczę tylko na to, że nie słyszał tego dokładnie, a jeśli słyszał, nie zainteresuje się tą sprawą. Nie będę z nim o tym rozmawiać. Chyba, że zacznie pytania. Lepiej, gdy oboje zapomnimy o tej sprawie.
- Dobrze, a jak wyszedł, czy zobaczyłeś coś na blacie w kuchni? - zapytałam zdenerwowana.
- A jakbyś mogła powiedzieć coś więcej... - Uniósł jedną brew.
- Chodzi mi o to. - Uniosłam pudełko, pokazując mu. - Było zapakowane w czarny papier i różową wstążkę.
- Widzę to pierwszy raz. A co?
- Nie ważne. Czyli, że wcześniej tego nie widziałeś, tak? A jak byłeś w kuchni po ciasto? - zadawałam kolejne pytania.
- Cholera, Cassandra, przecież mówię, że nic nie widziałem. Nie wierzysz mi? - Teraz to on podniósł głos.
- Nic takiego nie powiedziałam – mruknęłam pod nosem, odchodząc w innym kierunku.
   Skoro nie było tego popołudniu, musiał wejść tu w nocy. Tylko pytanie: jak? I dlaczego po prostu nie mógł dać mi tego osobiście? Stalkuje mnie, nawiedza mój apartament? Nie uwierzę, gdy zaprzeczy.
   Podeszłam do drzwi wejściowych i nacisnęłam klamkę. Nie ustąpiły i na tą chwilę nie wiedziałam, co mam myśleć. Gdyby się włamał, to nie mógłby zamknąć drzwi, prawda? No, bo raczej by nie mógł. Więc jak tu wszedł? Jake go wpuścił? Raczej to też nie jest możliwe.
   Wróciłam do salonu i stanęłam przy jednej ze ścian.
- Nikogo tu w nocy nie było? Nikogo nie wpuszczałeś? - zapytałam cicho, już całkiem wymęczona tym wszystkim.
- O ile wiem – nie. Przecież spałem, nikogo nie wpuszczałem. Możesz mi powiedzieć, o co chodzi? - wyskoczył z pretensjami.
   Nie odezwałam się, patrzyłam na niego przygaszona i nie wiem, czy chciałam, by po prostu powiedział, że ktoś tu był. Odepchnęłam się od ściany i bez słowa wyszłam. Wróciłam do swojej sypialni, odłożyłam trzymane w rękach przedmioty na szafkę i wzięłam stary telefon, a potem usiadłam na łóżku. Wybrałam numer Tomlinsona i czekałam.
   To jest kolejny raz, gdy dzwonię do niego w czasie, gdy powinnam spać. Mogłabym zadzwonić do niego za kilka godzin, ale chyba po prostu potrzebuję się dowiedzieć tego już teraz. Muszę się upewnić, że się nie myliłam. Nie chcę, by do głowy przedostała mi się myśl, że ktoś inny mógł się tu wkraść. To by mogło się łączyć z włamaniem, które miało miejsce w wieżowcu jakiś czas temu.
- Z jakiego powodu budzisz mnie o tej porze w sobotę, kobieto? - usłyszałam w słuchawce zachrypnięty głos. Śpi? Och, czyżby? Świetna przykrywka, Tomlinson.
- Ty już doskonale wiesz z jakiego powodu – syknęłam.
- Nie, nie wiem. Wyjaśnij mi to po prostu i nie dogryzaj mi tak jak zwykle.
- Ja ci dogryzam, ja? Jesteś zdrowo walnięty – stwierdziłam.
- Za to ty dość często mnie wnerwiasz. Przejdź do tematu, mów – nakazał.
- Włamałeś się do mnie w nocy? - zapytałam prosto z mostu.
- O co ci chodzi? Nie byłem u ciebie. Po cholerę miałem przychodzić?
- Tak? Czyli ten iPhone pojawił się tu magicznym sposobem?
- A to.. o to ci chodzi... - Usłyszałam jak wypuszcza powietrze z płuc. Nastała długa chwila ciszy, którą chciałam właśnie przerwać, ale on był pierwszy. - Gdy byłem u ciebie w południe, to przyniosłem to.
- Niemożliwe, nie było tego wcześniej. Wiem, co mówię, nie omamuj mnie.
- Nie kłamię, Cassandra. Może tego nie widziałaś, ale położyłem pudełko na blacie w kuchni. Nie wiem, pewnie nie zdążyłem ci o tym powiedzieć, ale nie byłem u ciebie w nocy. Dlaczego tak myślisz? Jak ci to niby przyszło do głowy? I dlaczego myślałaś, że się włamałem? Znalazłaś jakieś tropy prowadzące do mnie czy jak? - po kolei zadawał pytania, a ja powoli zaczęłam się w tym wszystkim gubić.
- Nie, to znaczy... niby drzwi były zamknięte i nic nie widziałam... Ja... Boże, przepraszam. Zapomnij, że dzwoniłam – wymamrotałam. Już chciałam się rozłączyć, ale mi to uniemożliwił.
- Poczekaj! Nie kończ. W końcu nie powiedziałaś nic o nowym telefonie. Podoba ci się chociaż? - zapytał nieco ciszej.
- No jasne, że mi się podoba, bardzo. Dziękuję. Skąd wiedziałeś, jaki posiadam model? Przecież one wszystkie są tak bardzo do siebie podobne.
- Ej, potrafię rozpoznać własny sprzęt. - Zaśmiał się i mnie to także rozbawiło.
- No, tak. Skąd taki pomysł, by mi to dać? Nie musiałeś tego robić.
- Wcześniejszy pobiłaś. I to akurat w mojej firmie. Uwierz mi, że nienawidzę patrzeć na te telefony, gdy są w takim stanie. Twój już pewnie był na granicy śmierci. - Ponownie się zaśmiał, a ja tylko się uśmiechnęłam.
- To jest najgorsza wada tych telefonów. Cały czas się biją.
- No cóż. Pracujemy nad tym, by nie rozbijały się tak często.
- Chyba nie wychodzi to wam zbyt dobrze.
- Możliwe, że nie.
- Dziękuję ci za... ten prezent, ale chyba będę musiała ci go zwrócić.
- Niby dlaczego? Jednak ci się nie podoba, tak?
- Nie, po prostu... to jest coś drogiego i nie powinnam przyjmować od ciebie takich rzeczy. Nie zrozumiesz.
- To tylko telefon. I przypominam ci, że mam dostęp do milionów takich urządzeń. Mogę to sobie po prostu wziąć i nie płacić, więc wziąłem jeden taki dla ciebie. Chyba musisz mieć z czego dzwonić. Zatrzymaj go. I tak masz dużo na głowie, telefonem już nie musisz się martwić. Jesteś naszą wspólniczką, a przyjaciołom trzeba pomagać.
- Dziękuję, nie... - głos mi się załamał, a gardło ścisnęło. - Po prostu dziękuję – wyszeptałam, a po moich policzkach spłynęły pojedyncze łzy. Co się ze mną, do cholery, dzieje?
- Dlaczego płaczesz? Wiem, co słyszę, więc nie mów, że nie. Powiedziałem coś nie tak? Uraziłem cię tym prezentem?
- Nie, nie – szybko zaprzeczyłam. - To nie tak. Po prostu... nie jestem przyzwyczajona, że ktoś wydaje na mnie pieniądze, a ty robisz to już kolejny raz i... Zawsze byłam zdana tylko na siebie, musiałam sama sobie radzić. Zawsze to ja rozwiązuję problemy w rodzinie i dysponuję pieniędzmi, i... to miło z twojej strony. Chyba jesteś pierwszą osobą, która wydaje na mnie tyle kasy. Dziękuję – załkałam i zakryłam twarz dłonią.
- Nie dziękuj. Pomogę ci, jeśli coś by się działo.
- Yhm... Rozumiesz, czemu płaczę? Nikt nigdy nie dawał mi takich rzeczy. Może jakaś biżuteria, ale nie to.
- Nie musisz nic więcej mówić. To był drobiazg. Jeżeli cię to uszczęśliwi, mogę dawać ci częściej takie prezenty – zaproponował.
- Przestań, nie. Nie potrzebuję ich. Tylko przypomniałeś mi przez to, że nawet mój były tego nie robił i... przepraszam. - Mocniej się rozpłakałam.
- Nie płacz. Mam przyjechać?
- Nie – wyszlochałam. - Przepraszam, że cię obudziłam. Chyba będzie lepiej, jak już się rozłączę. - Pożegnałam go tymi słowami, a nim się rozłączyłam – usłyszałam jeszcze cichą odpowiedź.
   Rzuciłam telefon na łóżko i na dobre się rozpłakałam. Dlaczego ja płaczę? Jeden drobny, a raczej duży gest, sprawił, że jestem w takim stanie. Nikt nigdy nie dawał mi tak drogich prezentów. Czasem na urodziny, ale zwykle nie i nigdy nic tak kosztownego. Dlaczego zrobił to akurat mężczyzna, z którym nic mnie nie łączy? Tylko pracujemy razem.
   Podsunęłam się bliżej poduszek i podkuliłam nogi pod samą brodę, i wtedy zobaczyłam w drzwiach Jake'a.
- Długo tu tak stoisz? - zapytałam cicho, pociągając nosem.
- Właściwie to prawie od samego początku, ale to nieważne. - Podszedł do mnie, usiadł obok mnie na łóżku i przytulił mocno do siebie. Pocałował mnie w czubek głowy, a ja powoli zaczęłam się uspokajać w jego ramionach.
- Zawsze będę przy tobie, Cassie – wyszeptał. To były ostatnie słowa, które usłyszałam nim znów, nie wiem jak, ale zasnęłam.
   I teraz to był dobry sen. Teraz spało mi się znów dobrze i przespałam kilka kolejnych godzin. Bo obok mnie był ktoś, kogo kochałam.

***

   Ostatni dzień lipca, a co za tym idzie, nasza mama jutro nareszcie wychodzi ze szpitala. Nadszedł w końcu ten dzień, gdy po 2 tygodniach spędzonych w tamtych miejscu, wraca do domu. Na obecną chwilę jej stan wrócił do normy i mamy nadzieję, że tak pozostanie przez dłuższy czas. Mimo, że odwiedzamy ją codziennie, Maddie i tak ogromnie za nią tęskni. Ja oczywiście również, ale w inny sposób, bo przecież tak normalnie nie widzę jej na co dzień jak moje rodzeństwo. Rozważałam to, by ponownie z nimi zamieszkać ze względu na stan jej zdrowia, ale po dłuższym namyśle, rozmowie z mamą i Jakiem, doszłam do wniosku, że jest dobrze tak jak jest teraz i ta zmiana nie jest aż tak bardzo potrzebna jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.
   Po pierwsze: gdybym to ja się przeprowadziła, miałabym dalszą drogę do firmy i nie miałabym nadzoru nad swoim wieżowcem. Po drugie: jeśli to oni by się sprowadzili do mnie, Maddie miałaby dalej do szkoły i dalej od przyjaciół, tak samo i Jake. Ostatecznie podjęliśmy wspólnie decyzję, że wszystko zostaje na swoim miejscu, a Jake jak tylko będzie w domu, będzie opiekował się mamą. I ja wiem, że on będzie robił to najlepiej, i w tej kwestii mu ufam. Nie mam się o co martwić, bo mama zostanie w dobrych rękach. Nawet jeśli Jake'a nie będzie przez kilka godzin, bo będzie na uczelni lub w pracy. Doskonale wiemy, że u mnie byłoby tak samo, bo ja też codziennie przebywam dużo czasu w firmie. Pozostaje nam tylko myśleć pozytywnie.
   Usłyszałam dzwoniący telefon i przeniosłam wzrok z bajki w telewizorze na ławę na przeciw. Wstałam i sięgnęłam po nowy smartfon, a potem ponownie usiadłam na kanapie, oparłam się o zagłówek i przytuliłam do siebie Maddie, wpatrzoną w kreskówkę.
Cassandra Miller, słucham? - Odebrałam, nie patrząc na dzwoniącego.
- Coraz częściej zwracasz się do mnie służbowym głosem – usłyszałam rozbawionego Tomlinsona w słuchawce. No jasne. Z kimże innym mogłabym rozmawiać, jeśliby nie z nim?
- Coraz częściej to słyszę twój głos, gdy do mnie dzwonisz. Zdecydowanie to już jest zbyt często – dogryzłam mu.
- Jak mam ważne powody to dzwonię. I właśnie jeden taki jest teraz.
- O co chodzi? - zapytałam, wciąż wpatrując się w telewizor.
- Dostaliśmy nagranie od anonima, na którym są Mitch i Oliver. W tle widać widok za oknem, ale żaden z nas nie ma pojęcia, gdzie to może być. A wiadomo, że nie odbijemy ich, jeśli nie będziemy wiedzieli, gdzie to jest. Czy nie mogłabyś do nas przyjechać? Może akurat ty byś rozpoznała to pomieszczenie.
- Chcesz, żebym przyjechała dzisiaj?
- Chcę, żebyś przyjechała jak najszybciej – usłyszałam jego odpowiedź i jęknęłam. - Co jest? Chyba urwiesz się z firmy, prawda? Zaraz wieczór.
- Problem w tym, że już jestem w domu.
- No to ja tego problemu nie rozumiem.
- Jake ma zmianę w sklepie i nie mam z kim zostawić Maddie – wytłumaczyłam.
- To przywieź ją ze sobą – zaproponował.
- Nie sądzisz, że dzieci i niektórych osób nie powinno mieszać się w coś takiego? - Uniosłam brwi w zdziwieniu.
- Powiedziałem, żebyś ją przywiozła. Nie kazałem jej być przy nagraniu. Nie jestem jeszcze idiotą i nie zrobiłbym czegoś takiego twojej siostrze. Umiem czasem pomyśleć o innych.
- Wow, rzadko ci się to zdarza, ale wracając do tematu... Tak mi się przypomniało, masz w domu pianino, prawda?
- No, mam. A co to ma do rzeczy?
- A jak jeszcze potrafisz śpiewać z dziećmi, to chyba postawię ci piwo. Już jadę.

***

- Naprawdę pośpiewam przy takim prawdziwym pianinie? - zapytała moja młodsza siostra, stojąca obok mnie przed willą Tomlinsona. Tryska energią odkąd powiedziałam jej, że tu przyjedziemy. Gdybym wiedziała, że tak zareaguje, przywiozłabym ją tu wcześniej. Może to był błąd, że jednak tego nie zrobiłam? - Cassie, naprawdę? - Pociągnęła mnie za rękę, gdy jej nie odpowiedziałam, bo się zamyśliłam.
- Naprawdę, Maddie. - Zaśmiałam się, spoglądając na nią z uśmiechem.
Zaraz przed nami otworzyły się drzwi, w których stał blondyn.
Ale to nie jest Louis – powiedziała zaskoczona dziewczynka, gdy popatrzyła na mężczyznę przed nami. - Mówiłaś, że pójdziemy do Louisa. Nie mieszka tutaj? - zapytała z widocznym smutkiem, a ja potarłam dłonią jej ramię.
- Mieszka tu, głuptasie. To jego przyjaciel, Niall – wytłumaczyłam jej.
- To czemu nie powiedziałaś wcześniej? Cześć, Niall. - Pomachała mu, a my się zaśmialiśmy na jej słowa.
- Cześć, dziewczyny. - Niall ukucnął przed małą. - Jesteś Maddie, prawda? - Uśmiechnął się do niej.
- Jestem – odpowiedziała cichutko. - Fajne masz włosy. Mój brat też takie kiedyś miał. Szkoda, że już takich nie ma. - Machnęła rączką.
- Oj, Maddie, Maddie – westchnęłam. - Tylko nie opowiadaj wszystkich historii z naszego życia, bo jeszcze zdradzisz naszą tajemnicę i co będzie? - zapytałam, by już nie 'zanudzała' Nialla.
   Mamy z Maddie swoje tajemnice, o których wiemy tylko my i bardzo się pilnujemy, by ich nie wygadać. Jednym takim sekretem jest na przykład to, że podkrada Jake'owi słodycze, gdy tylko je ma i on, oczywiście, jeszcze się nie zorientował, że zawsze coś mu ubywa. Patrząc na taki sekret, trochę kiepsko byłoby, gdyby jakikolwiek z nich się wydał. Może nikt od razu by nas nie pozabijał, ale to jednak nasze siostrzane tajemnice i tego się trzymamy.
- Uuu... babskie sekrety potrafią być ciekawe – zagwizdał Niall. - Dobra, wchodźcie. - Wstał z podłogi i wpuścił nas do domu.
   Maddie od razu zaczęła się dookoła rozglądać z szeroko otwartą buzią. Widocznie była pod wrażeniem tak ogromnego domu, podobnie jak ja, kiedy przyjechałam tu pierwszy raz. No cóż, już na pierwszy rzut oka widać, że jesteśmy rodzeństwem. Te same geny i te same reakcje. Nie mówiąc już o nawykach żywieniowych.
- Ale duży dom... - powiedziała jakby oczarowana całym tym widokiem, który miała wszędzie przed oczami.
   Ona szła przed siebie, wciąż wszystko oglądając, a ja próbowałam jej chociaż nie zgubić. Ostatecznie gdy dotarliśmy do salonu, zatrzymała się i wtedy zobaczyłam, że w jej oczy wpadło już pianino. Tego właśnie się spodziewałam. Nigdy nie śpiewała przy żadnym instrumencie, chyba że włączyliśmy jej coś w internecie. Jeśli dziś jej się spodoba, zaczniemy poważniej rozważać szkołę muzyczną, do której mamy zamiar ją zapisać.
Trochę jak pałac, co? - zapytałam z uśmiechem.
- A możemy tu zamieszkać? - zapytała, na co otworzyłam szerzej oczy.
- Czekaj, co? - zamarłam na chwilę.
- Ależ oczywiście – usłyszałam głos Tomlinsona gdzieś w korytarzu.
- C-co? - zająknęłam się, na chwilę wpadając w szok.
   Louis wszedł do salonu, a Maddie natychmiast pobiegła, by go przytulić.
- Słyszałaś, Cassie, słyszałaś? Możemy tu zamieszkać – Skakała z radości.
- Maddie, ale poczekaj... - zaczęłam mówić, ale nie skończyłam, bo mi przerwano.
- Nie pozbawiaj je tego szczęścia. Cieszy się, nie widzisz?
- Ale tak nie można. - Przełknęłam ślinę i podeszłam do siostry, by uklęknąć przed nią. - Maddie, proszę, nie wyobrażaj sobie za dużo. Przyszłyśmy tu tylko w gości, pamiętasz? Żebyś pośpiewała przy pianinie, tak? - powoli jej tłumaczyłam.
- No dobrze – posmutniała, na co mimowolnie westchnęłam.
- To nie chcesz jednak śpiewać? - zapytałam, a ona znów dostała energii.
- Chcę! - krzyknęła z uśmiechem i pobiegła w kierunku instrumentu. Usiadła przy pianinie i zaczęła naciskać przypadkowe klawisze.
   Wyprostowałam się i spojrzałam na chłopaków.
- Nigdy więcej nie wmawiaj jej takich rzeczy. Nie wiesz, jak trudno jest coś wybić dzieciom z głowy – zwróciłam się do Tomlinsona.
- Może wiem, może nie – wzruszył ramionami. - Ale nieźle ją to ucieszyło. Jest urocza, lubię ją – przyznał.
- Tak jak wszyscy.
- Widzę, że jest bardzo inteligentna – dodał Niall.
- O, i ty nie wiesz nawet jak bardzo – odparłam. - No, dobra. Który z was potrafi grać na tym pianinie i choć trochę śpiewać? - zapytałam wyczekująco.
- Ja z nią zostanę – odezwał się Louis. - Tylko błagam cię, Cassandra. Jak będziesz oglądać to nagranie, spróbuj wykombinować, gdzie to może być. Musimy ich znaleźć. Siedzą już tam prawie tydzień. Są jak rodzina...
- Zrobię co w mojej mocy, by wrócili do domu. Teraz ja też z nimi pracuję. I wiedz jedno: nigdy nie zostawiam przyjaciół w potrzebie. A teraz idź do niej, bo pomyśli, że ją zostawiliśmy – kiwnęłam na siostrę.
- Czasem jesteś bardziej profesjonalna niż niejedna osoba, którą znam. Dzięki. - Odszedł od nas i usiadł obok Maddie. Od razu zaczął z nią rozmawiać i już wiedziałam, że zostawiam ją w dobrych rękach. Nawet, jeśli to tylko kilkanaście minut.
- Chodźmy. - Niall uśmiechnął się lekko i ruszył w głąb domu.
   Spojrzałam ostatni raz na Maddie i poszłam za nim. Nigdy nie pozwolę, by mojej rodzinie stała się jakakolwiek krzywda lub żeby czegoś im zabrakło. Nigdy. Muszę ich chronić za wszelką cenę, bo w tej rodzinie to zadanie od kilku lat należy do mnie...



***

*Louis*

   Od 20 minut spędzam czas z tą niesamowitą istotką i jestem nią naprawdę zauroczony. Od dawna nie miałam kontaktu z tak małymi dziećmi i chyba dużo straciłem. Maddie to dziewczynka, z którą da się porozmawiać na dłuższą metę, a także pośmiać, nawet z błahych rzeczy. Jest strasznie podobna do Cassandry w wielu aspektach. Na tyle, ile zdążyłem ją poznać, wiem, że to fajna dziewczynka. A jej głos? Jest prześliczny jak na te 7 lat. Jestem pewien, że nawet największe gwiazdy nie miały takiego, gdy były w jej wieku. Może mi się wydawać lub nie, ale czuję, że wyrośnie na znaną piosenkarkę. Trzeba chronić ją za wszelką cenę, bo takich dzieci jak ona jest mało.
   Wbrew pozorom, nie zdawałem sobie sprawy, że mogę aż tak polubić dziecko, które widzę dopiero  może jakiś piąty raz. Nie zdawałem sobie z tego sprawy, nigdy jakoś specjalnie nie przepadałem za dziećmi. Dla mnie mogły one po prostu być lub nie, a i tak nie zmieniłoby to za wiele w moim życiu.
   Ale Maddie jest inna niż te wszystkie dzieciaki. Można by rzec, że jest ponad przeciętną. Mimo tego, co przechodzą, wciąż pozostaje roześmianą dziewczynką, pełną marzeń. A widzę, ile przechodzą i widzę, że jest im ciężko. Mnie też by było na ich miejscu. W tej chwili żałuję, że nie potrafię choć lepiej śpiewać, ale kiedyś przypadkowo nauczyłem się grać na pianinie i mam nadzieję, że to małej wystarczyło i nie wymaga ode mnie tego, bym śpiewał jak anioł. Bo to po prostu jest niewykonalne. Miło tak sobie czasem pograć, zwłaszcza, że nie mam za wiele czasu, by to często robić.
A nauczysz mnie też tak grać? - zapytała, gdy rozmawialiśmy o różnych rzeczach.
- A chciałabyś? - Uśmiechnąłem się, a ona pokiwała główką. - To może kiedyś cię nauczę. Nie wiem, czy będę potrafił, wiesz? - Nikogo nigdy nie uczyłem. - Poczochrałem ją po włoskach.
- Będę cię uważnie słuchać. Szybko się uczę – odparła natychmiast.
- O, w to, to ja nie wątpię. - Zaśmiałem się. - Słyszałem, że będziesz szła do szkoły muzycznej. To prawda? - zagadnąłem, przenosząc jedną nogę przez siedzenie, tak, że miałem je między udami.
- Taak... - powiedziała cicho, przedłużając krótki wyraz. - Cassie chce mnie tam zapisać. I mama chce. I Jake chce – mówiła jakby z wyrzutem.
- A ty nie chcesz? - zapytałem odrobinę zdziwiony, a ona lekko wzruszyła ramionami. Co się dzieje?
- Nie wiem – odpowiedziała cichutko.
- Hej. - Położyłem rękę na jej pleckach. - Przecież pięknie śpiewasz. Nauczysz się wiele w takiej szkole i pewnie poznasz nowych przyjaciół. Dlaczego się smucisz? Ja na twoim miejscu bym się cieszył.
- Cieszę się.
- No, mała, nie gniewaj się, ale ja nie bardzo to widzę. Co jest?
-Bo... oni wszyscy chcą, żebym tam poszła... i żebym śpiewała...
- I co w tym złego? Masz talent. Nie wszystkie dzieci mają taką szansę jak ty.
- Ale mają przynajmniej pieniądze na to... - odpowiedziała, zwieszając główkę, a mnie na sekundę zatkało. Chwila, co? Z tego co wiem, Cassandra ma dzięki firmie ogrom kasy, a przynajmniej powinna. Więc co jest nie tak, że Maddie mówi w ten sposób? Raczej wszystko z nią w porządku i nie mówi niestworzonych rzeczy. Chyba lepiej, jeśli już dalej nie będę o nic pytać.
- Chcesz się przytulić? - zapytałem, przełykając głęboko ślinę. Nie wiem, co innego miałbym powiedzieć, więc to było najostrożniejsze.
   Od razu po moim pytaniu poczułem małe, drobne ciałko przy sobie i po prostu objąłem ją ramionami, i głaskałem po jej włoskach. Nic nie rozumiem z całej tej sytuacji, ale się dowiem.
- Maddie...chyba powinnyśmy już iść... - usłyszałem zagubiony głos obok nas.
   Podniosłem głowę i zobaczyłem Cassandrę. Można się domyślić, że wszystko słyszała. Zapewne nie jest tym zachwycona.
Ale dlaczego? - jęknęła dziewczynka. - Ja chcę jeszcze pośpiewać...
- Musimy już iść – powiedziała, patrząc tępo na siostrę.
   Dziewczynka wstała i ze smutkiem pomaszerowała do szatynki. Również wstałem i podszedłem do nich dwóch.
- Możemy porozmawiać? - zapytałem z poważną miną.
- Nie sądzę. - Krzywo się uśmiechnęła. - Maddie, chodź. - Już odchodziła, ale złapałem ją mocno za łokieć, uniemożliwiając jej jakikolwiek ruch.
- A ja sądzę, że możemy.
- Puść mnie – powiedziała ciszej.
   Zobaczyłem w jej oczach gniew, ale też i przerażenie. Jej klatka piersiowa szybko się podnosiła i opadała, ale nie zamierzałem jej puszczać. Wiem, że gdybym to zrobił, uciekłaby natychmiast, bez żadnego słowa.
- Nie puszczę, dopóki ze mną nie porozmawiasz – odpowiedziałem patrząc jej głęboko w oczy. I to był właśnie mój błąd. Bo zobaczyłem TE oczy, których nie powinienem. Zobaczyłem JĄ. Pod wpływem moich omamów, puściłem ją, bo bałem się, że zrobię JEJ krzywdę. Nim się zorientowałem, co zrobiłem, jej już nie było przede mną. Szła do wyjścia.
- Czekaj! Harry! Stój! - krzyczałem, biegnąc za nimi. Na szczęście zdążyłem je dogonić nim wyszły i skutecznie zatarasowałem im drogę blokując drzwi. Maddie najwyraźniej uznała to za jakąś zabawę, bo zaczęła się cicho śmiać. - Harry! - krzyknąłem głośniej.
   Cassandra próbowała mnie odsunąć, ale na szczęście w porę zjawił się Styles.
Co do... Co wy robicie? - zapytał odrobinę zmieszany.
- Zabierz Maddie – nakazałem mu. - Lubisz truskawki? - zwróciłem się do małej.
- Lubię! - pisnęła uradowana, że aż podskoczyła. Bogu dzięki.
- To idź z Harrym do kuchni, słońce – powiedziałem na jednym wdechu i tyle już ją widziałem. Natomiast pokonana Cassandra zawróciła do salonu. I słusznie, bo nie zamierzam się z nią kłócić.
   Ruszyłem za nią, a gdy znaleźliśmy się w głównym pomieszczeniu tego domu, ona natychmiast na mnie naskoczyła.
- Nie wiem, gdzie są, rozumiesz?! W ogóle nie kojarzę tego miejsca i nie mam pojęcia, gdzie to jest! Przykro mi, bo moja pomoc wam jest jednak zbędna! I nie próbuj mnie tu przetrzymywać, bo wyjdę stąd, używając albo siły, albo broni!
- Zamknij się i uspokój! - krzyknąłem w końcu, ostatecznie ją uciszając. - Nie o tym chciałem porozmawiać. Równie dobrze to samo mogli powiedzieć mi chłopaki.
- To czego ode mnie chcesz?
- Nie udawaj, że nie wiesz, dobra? Wiem, że słyszałaś moją rozmowę z Maddie. I nie próbuj mi wmówić, że nie.
   Milczała, nawet na mnie nie patrzyła, a z jej miny mogłem wyczytać, że nie chce o tym rozmawiać. No trudno, bo ja muszę się dowiedzieć, co się dzieje i nie ma innej opcji.
- Cassandra...
- A co, jeśli nie chcę o tym rozmawiać? - odezwała się, patrząc na mnie. - Zbijesz mnie? - zapytała, a ja nie dowierzałem temu, co mówiła.
- Co? Co ty gadasz? - zatkało mnie.
- Co mi zrobisz, jeżeli ci nie powiem? - Jej głos się załamał i miałem wrażenie, że zaraz się rozpłacze.
- Ja... Boże, Cassandra, po prostu się martwię. Widzę, że coś się dzieje i chcę wiedzieć co, żeby wam pomóc. Powiedz, a pomogę i...
- Tak, moja rodzina ma problemy – wypaliła nieoczekiwanie i naprawdę się rozpłakała. - To chciałeś usłyszeć, prawda? - zapytała, szlochając. Odwróciła się ode mnie, objęła się ramionami i płakała. A mnie coś ruszyło i poczułem ukłucie w sercu.
   Powoli podszedłem do niej i położyłem dłoń na jej plecach. Chciałem coś powiedzieć, ale ona, gdy tylko poczuła mój dotyk na sobie, szybko się odwróciła i przyległa do mnie całym swoim ciałem, mocząc łzami mój t-shirt.
   Zdezorientowany, mocniej ją ścisnąłem, ułożyłem dłoń na jej głowie i pozwoliłem się wypłakać. I ponownie na chwilę poczułem przy sobie JĄ.
- Nie powinienem pytać, prawda? - zapytałem cicho, ponad jej ramieniem.
   Odsunęła się ode mnie i pokręciła głową, a policzki miała całe we łzach.
- Teraz to już bez znaczenia. Co chcesz wiedzieć?
- Chodź, usiądziemy. - Kiwnąłem głową na kanapy, a ona ruszyła do tamtego miejsca i usiadła na jednym końcu sofy ze zwieszoną głową, spoglądając za swoje paznokcie, którymi się bawiła.
Usadowiłem się obok niej, ale w bezpiecznej odległości, nie chcąc byś nachalny.
- To prawda, co mówiła Maddie? Nie macie pieniędzy? - zapytałem, patrząc to na jej twarz, to na dłonie, które nieprzerwanie się poruszały.
- To nie tak – wymamrotała. - Ale... chyba wiesz, że szkoła muzyczna kosztuje fortunę. - Uniosła głowę i zaczęła szybciej mrugać oczami. - A ja tak bardzo chcę ją zapisać do tej szkoły. Chciałabym, by miała wszystko, czego jej potrzeba i czego zapragnie – przerwała. - Zauważyłeś pewnie, że jest bardzo mądra. - Spojrzała na mnie, a ja przytaknąłem. - Zdążyła się zorientować, że to ja daję im wszystkie potrzebne pieniądze i trzeba było jej to wytłumaczyć, i...
- Przepraszam, że ci przerywam, ale... dlaczego biorą od ciebie pieniądze? Twoja mama nie pracuje, nie...
- Nie – ucięła. - Mówiłam ci, że choruje na serce i... i to z tego względu. Zachorowała kilka lat temu, bardzo poważnie. Nie była zdolna do pracy, nadal nie jest, lekarze jej zabronili. Dostaje oczywiście pieniądze od państwa, ale odkąd Jake ukończył 16 lat, tych pieniędzy jest znacznie mniej. Jake trochę próbuje dorabiać, ale to głównie ja ich utrzymuję i... Chyba już wiesz, dlaczego tak bardzo zależało mi na tych pieniądzach z napadu na bank. - Przeniosła wzrok na okno za mną i przygryzła wargę, która jej drżała. Przez chwilę znów milczała.
- Te pieniądze były dla nich. Tylko dzięki mnie mają za co żyć i z czego się utrzymać. To ja ich sprowadziłam do Londynu – szeptała, a jej głos jakby zanikał.
- A wasz tata? Też nie pracuje? - zapytałem bezmyślnie, a ona się natychmiast spięła i znów popatrzyła na mnie. Znów zobaczyłem w jej oczach przerażenie, ale też i rozpacz. I tym razem większe. - Co ja takiego powiedziałem? - zapytałem odrobinę zaniepokojony.
- Zapytałeś o to – odpowiedziała pusto. - Nigdy więcej tego nie mów.
- Prze-przepraszam – zająknąłem się, bo nie wiedziałem, dlaczego akurat tak zareagowała. Chyba znowu palnąłem coś, czego nie powinienem. - Co z waszą mamą? - zadałem kolejne pytanie, licząc, że zapomni o poprzednim.
- Jest już w miarę dobrze. Jutro wychodzi ze szpitala – wymamrotała. Podciągnęła nogi pod brodę i objęła je ramionami. Wyglądała trochę jak bezbronne dziecko, które czymś się smuci. - A ja nie śpię po nocach, bo wciąż się martwię...
- Jeśli będziecie potrzebować pomocy – dzwoń – zaproponowałem, a ona parsknęła śmiechem. - Co? - Zmarszczyłem brwi.
- Wiesz... Mówiłeś, że nic nie pamiętasz, kiedy byliśmy w Nowym Jorku, ale ja pamiętam. Pamiętam, że wtedy taki nie byłeś, nie byłeś taki pomocny, nic cię nie obchodziło. Liczył się gang i imprezy. Ale nigdy nie pomyślałabym, że będziesz w stanie się o kogoś martwić, że będziesz oferował swoją pomoc. Wtedy to było do ciebie niepodobne. 
- Może się zmieniłem? - odezwałem się.
   Kłamałem. Pamiętam niemal wszystko, co przeżyliśmy w Nowym Jorku, wystarczająco. Skłamałem, chyba tylko dlatego, by tego nie pamiętać. Ale jest odwrotnie. Przy tej dziewczynie wszystko powraca, nawet jeśli tak nie powinno być.
- Zmieniłeś się, Louis. - Pokiwała głową, gapiąc się w podłogę. - Ale chyba jednak chciałabym, abyś pamiętał cokolwiek – wymamrotała, niczego nieświadoma. - Pomogę wam odbić chłopaków... Muszę się w końcu ogarnąć – dodała, a ja przytaknąłem, że rozumiem.
- Zostaniecie jeszcze trochę? Wiesz, żeby Maddie mogła pośpiewać – zmieniłem temat, by się nie domyśliła. Pokiwała głową, ale się nie odezwała.

***


OGŁOSZENIE!
Ze względu na to, że mam ogrom nauki, bo jestem w liceum, rozdziały będą wciąż pojawiać się co 2 tygodnie. Chciałabym wstawiać je częściej, ale póki co nie mam wystarczająco dużo materiału, by pisać się na coś takiego. Poza tym, gdyby może czytało to więcej osób, może poczułabym, że mam dla kogo to robić. Nie zrezygnuję oczywiście z bloga, nie odejdę, ale naprawdę przykro mi, że to fanfiction ma o wiele mniej wyświetleń niż poprzednie.
Nie wiem, może ktoś ma jakiś pomysł na reklamę, może ktoś poleci komuś moje bazgroły. Ja próbowałam chyba wszystkiego, nie bardzo się udało.
Chciałabym wiedzieć tylko, że nie robię tego niepotrzebnie, że ktoś tu jest i to czyta...
/Perriele rebel

20 października 2018

ROZDZIAŁ 15. 'POMYŚL O TYM, CO SPRAWIA, ŻE NIE PATRZYSZ JUŻ PRZEZ ŁZY.'


*Cassandra*

   Przez cały tydzień spałam ledwo kilka godzin. Nie mogę zmrużyć oka odkąd moja mama znalazła się w szpitalu. Cała sytuacja byłaby mniej niepokojąca, gdyby nie to, że jest już piątek, a ona przebywa tam od poniedziałku.
   Martwię się jak cholera. Nigdy, przenigdy nie miała zawału, choć na serce choruje nie od wczoraj. Lekarze mówią, że to cud, że przeżyła. Gdyby Jake'a nie było wtedy w domu, nie wiem, co by się stało. Był w szoku, ale zdołał rozpocząć reanimację, która na szczęście podziałała. Obwiniam samą siebie za to, że pojechałam wtedy z Tomlinsonem. Może gdybym została, nic by się nie stało. Ale gdybać mogę.
   Nie wiadomo nawet, co było przyczyną zawału. Lekarze nic nie wiedzą, prawdopodobnie coś ją zestresowało i nie zdążyła się uspokoić. Ale nie wiadomo, co to było. Nie pytałam jej o to. Jeszcze nie. Zapytam za kilka dni, kiedy w pełni będzie czuła się lepiej. Nie chcę jej denerwować.
   Głupia, zrobiłam w szpitalu awanturę lekarzom, bo nie podali przyczyny zawału, bo nie mogli się doszukać, co go spowodowało. Gdy zaczęłam się kłócić, z marnym skutkiem, ale jednak z jakimkolwiek, złożyli wszystko na to, że mama od dawna ma problemy z sercem i nie ma czego tu ukrywać. A ja i tak wiem swoje. Nie mogło do tego dojść bez konkretnego powodu, choć wiem, że chore serce też miało w tym swój udział.
   A wracając do mojego spania, w obecnej sytuacji liczy się dla mnie każda sekunda snu. Naprawdę dużo bym oddała za to, by wyspać się, by pospać chociaż odrobinę dłużej niż zwykle. Nawet do tej dziewiątej. Najpierw nie spałam, bo nie miałam czasu i zwalałam to na firmę, akcję i ciągłe spotkania w domu Tomlinsona. A teraz, gdy wszystko trochę się uspokoiło, mój rutynowy sen skrócił się o kolejne godziny.
   Wstaję wcześnie rano, robię zakupy spożywcze i idę do firmy na kilka godzin. A gdy wracam, spędzam czas z Maddie i Jakiem, a często po prostu jestem sama z małą, bo Jake chodzi na popołudniowe zmiany do pracy w sklepie. Codziennie robię śniadania, obiady i kolacje dla trzech osób, czego nie robiłam od szalenie dłuższego czasu, a zanim się obejrzę jest już północ. Potem zazwyczaj o trzeciej się budzę, ponieważ nie mogę spać, bo wtedy zostaję sama w jednym pomieszczeniu, sama w łóżku i najnormalniej w świecie zaczynam myśleć o mamie i zamartwiać się o jej zdrowie, a w mojej głowie, nieświadomie i ku mojej złości, tlą się czarne scenariusze.
   A ja po prostu chciałabym dostać namiastkę snu i nie ukrywać dalej tych sińców pod oczami po nieprzespanych nocach. Żyję na kilku kawach dziennie, z ryzykiem, że serce może mi napieprzyć i gdyby nie mój dostatecznie dobrze zrobiony makijaż, za którym się ukrywam, a przynajmniej próbuję, z pewnością wyglądałabym jak cień człowieka lub duch, na którym wisi tylko trochę ubrań.
   Nie narzekam na to, że Jake i Maddie mieszkają u mnie. To moje rodzeństwo i wiadomo, że nie jesteśmy wrogo do siebie nastawieni. Jake jest już dorosły, sam sobie radzi i jest bardzo samodzielny, a przy tym ogromnie dużo opiekuje się małą i tylko ułatwia mi to życie, gdy jestem w firmie. Kocham ich i nigdy nie chciałabym, by stała im się jakaś krzywda. Nie po tym, co przeszła nasza rodzina. Myślałam, że te czasy już dawno za nami, że to minęło, ale tak jak zawsze... widocznie się myliłam. Chyba wszystko na nowo powoli wraca i obawiam się, że to będzie kolejny, ogromny cios dla naszej rodziny. Nie chcę żyć w ciągłym strachu, że gdzieś jest coś, co nas wszystkich ponownie złamie.
   Zamknęłam skrzynkę na listy i z plikiem kopert ruszyłam w kierunku windy, przelotnie zerkając w stronę mojego portiera, który zaspany pił kawę, próbując się obudzić. Sama ziewnęłam i wcisnęłam przycisk przy windzie, by po chwili do niej wejść. Stanęłam przy ścianie i oparłam się o twardą powierzchnię, zamykając na chwilę oczy.
   Jest koło ósmej rano, wstałam z godzinę temu i zdążyłam nawet zjeść śniadanie. Gdyby nie to, że ponownie idę dziś do firmy, miałabym okazję, by pospać dłużej. A jak zwykle to nie wychodzi i obawiam się, że niedługo trafię do szpitala z powodu wyczerpania. Gdybym tylko nie budziła się w nocy, to może bym się wyspała.
   Stalowe drzwi otworzyły się przede mną i powoli wyszłam do holu, zaraz potem kierując się do mieszkania z ogromnym poczuciem, że od 5 dni trwa jedna i ta sama rutyna. Dom, praca, dom, szpital, dom. I tak w kółko. Kelly wciąż nie wróciła, a z Tristanem nie mamy czasu, by spotkać się poza firmą, bo on postanowił, że przeniesie pracę do domu na kilka dni. Zostałam sama z dzieciakami. Tomlinsona widziałam ostatni raz w poniedziałek, 2 dni po akcji z bankiem, więc jak na razie nie mam całkowicie pojęcia, jak ma wyglądać moja działalność w gangu. Ku początkowej dezorientacji, kiedy powiedział, że chcą ze mną dalej współpracować, jestem dość zadowolona z takiego obrotu spraw.
   Znów wracam do tego, od czego zaczynałam zdobywać pierwsze pieniądze. Ponownie mogę trzymać w dłoni broń i czerpać przyjemność z całej tej adrenaliny. Znów wiem, jak to jest. I teraz wiem, że tym razem tak szybko się tego nie pozbędę. To jest cząstka mnie, możliwe, że moje przeznaczenie i wiem, że już na zawsze pozostanę przestępcą. Będę tą Cassandrą Miller, którą byłam jeszcze jako nastolatka i nikt nie będzie próbował mnie zmieniać, bo ja już się nie zmienię. Nie ten kolejny raz. Miałam jakiś czas przerwę, ukrywałam się za kurtyną londyńskiej bizneswoman, ale już wiem, że firma to nie jest moje prawdziwe powołanie. Zrozumiałam to w czasie napadu na bank. I nie chodzi mi o to, w jakim sposób zdobywam pieniądze. Chodzi o to, czy czerpię z tego jakąkolwiek przyjemność. I teraz zaczynam dostrzegać, że firma nie kręci mnie tak jak dawniej. Dostałam szansę, by znów robić to, co uwielbiam i zamierzam ją wykorzystać.    Zamierzam sprawić, by firma i gang były na jednej równi. Bo one są dla mnie na ten moment tak samo ważne. Na ten moment znów jestem częścią gangu, teraz najpotężniejszego i czuję, że znalazłam to, czego chciałam w życiu. Dla innych ludzi to może brzmieć dziwnie, ale nie dla mnie. Od lat zawsze coś mnie ciągnęło na tą stronę. No i pociągnęło.
   Nacisnęłam klamkę od drzwi i cicho weszłam do mieszkania, od razu zamykając je za sobą. Zdjęłam białe trampki z nóg i postawiłam je przy ścianie obok, a gdy podniosłam głowę, zobaczyłam przed sobą swojego brata. Już wstał i był w pełni ubrany.
- Cześć, siostra. - Uśmiechnął się, kierując się w stronę kuchni.
- Hej, Jake – odparłam nieco mniej energiczniej niż on.
   W samych skarpetkach ruszyłam za nim. Wciąż nie dowierzam, jaki on jest wysoki. Jest znacznie wyższy ode mnie, mimo że to ja jestem starsza. Tą cząstkę genu odziedziczył po tacie. Od razu, gdy się urodził było do przewidzenia, że będzie mierzył więcej niż te 1,75 metra.
   Usiadłam na stołku barowym wraz z kopertami w ręku, a Jake, rutynowo zajął się ekspresem do kawy i świeżym, gorącym napojem, który zaparzyłam jakiś czas temu.
Maddie jeszcze śpi, prawda? - zapytałam, przeglądając kolejno zaadresowane do mnie listy.
- Nie – odpowiedział, wlewając kawę do kubka. - Ubiera się. - Odwrócił się do mnie przodem, upił kilka łyków, odstawił naczynie z powrotem na blat, a potem podszedł do lodówki i otworzył ją, zaglądając do środka.
- Wcześnie wstała – zdziwiłam się. - Ty też. Co z wami jest nie tak? - zapytałam, przyglądając się jednej kopercie uważniej niż innym. Wzruszył ramionami.
- Zjesz z nami śniadanie czy idziesz już do firmy? - usłyszałam za plecami, ale byłam zbyt zdezorientowana kopertą, którą właśnie otworzyłam. - Cass – powtórzył i dopiero wtedy zwróciłam uwagę na to, by mu odpowiedzieć.
- Co? Nie. I nie – odpowiedziałam pospiesznie. - Jadłam już, ale nie idę jeszcze do firmy. Muszę pójść do sklepu, bo dziś nie byłam – wyjaśniłam, a on przytaknął, że rozumie.
   Czytałam słowa z kartki kompletnie nic nie rozumiejąc. Oczywiście rozumiałam, co czytam. Nie rozumiałam, jak w ogóle mogło do tego wszystkiego dojść. Przecież zawsze robiłam to na czas. Dlaczego ten jeden raz...
Chyba sera już nie ma... - doszedł do mnie głos w tyle.
- Szlag jasny by to wszystko trafił! - krzyknęłam, rzucając papierami przed siebie. Ukryłam twarz w dłoniach i wbiłam paznokcie w skórę, by nie pozwolić emocjom panować nade mną. Nie stracę teraz nad tym wszystkim kontroli. Nie tym razem, nie dziś.
- Ale ja tylko powiedziałem, że ser...
- Jaki ser? - jęknąłem w ręce. - Nie obchodzi mnie ten ser. W dupie go mam. - Wciągnęłam głęboko powietrze w płuca. A jednak zrobiłam to zbyt gwałtownie, bo momentalnie zaczęłam się dusić. Przeklęta, cholerna astma!
- Hej, hej, hej! - Jake podbiegł do mnie i chwycił moją twarz w swoje dłonie. - Patrz na mnie – wskazał na swoje usta. - Oddychaj. Słyszysz? - mówił zaniepokojony, a ja nie patrzyłam na jego usta, tylko w jego oczy. Dlaczego są identyczne jak u taty? Dlaczego robi się tak bardzo do niego podobny? - Przynieść ci inhalator? - zapytał, a ja powoli pokręciłam przecząco głową i zamknęłam oczy. Wiem, że na razie go nie potrzebuję. Mój oddech się wyrównał, a także uspokoił, tak jak cały mój umysł. Położyłam ręce na jego dłoniach i zdjęłam je z mojej twarzy.
- Nic mi nie jest – wyszeptałam, odwracając wzrok, a potem też i głowę w inną stronę. Znów patrzyłam na koperty przed sobą.
- Na pewno? - zapytał twardo.
- Na pewno – odpowiedziałam cicho.
- Cholera, czego ty się naczytałaś? Co było w tych listach? - Wziął do ręki jedną z kartek, ale nim zdążył zawiesić dłużej na niej wzrok, szybko wyrwałam mu ją z ręki.
- Jak możesz się domyślić, coś niezwykle ważnego – odpowiedziałam marszcząc brwi, zła tylko i wyłącznie na siebie. Na nikogo innego, tylko na siebie.
- Cass – westchnął i usiadł obok mnie, a ja nawet nie podniosłam na niego wzroku. - Co się stało? Powiesz mi?
   Nie odezwałam się, krążyłam wzrokiem po kartkach przede mną leżących, próbując uporządkować wariujące myśli. Byłam cicho, on także. Aż do czasu.
- Nie zapłaciłam rachunków za nasz dom w Stanach – wydusiłam po chwili milczenia. W końcu podniosłam wzrok i spojrzałam na niego. Nie mogłam odgadnąć wyrazu jego twarzy, był obojętny.
- N-nie masz już pieniędzy? - zapytał, przełykając głęboko ślinę, a ja otworzyłam szeroko oczy na jego słowa. Jak coś takiego mogło mu przyjść do głowy?
- Co? Oczywiście, że mam. Zapomniałam – wyjaśniłam mu spokojnie, sama będąc pod lekkim zdziwieniem. Głęboko odetchnęłam i popatrzyłam w sufit. - Zapomniałam – powtórzyłam ciszej. - Nie wiem, jak to się stało. Zawsze o tym pamiętałam. Zawsze – mówiłam przewrażliwiona. Poczułam, jak Jake łapie mnie za rękę leżącą między nami i momentalnie zrobiło mi się cieplej na sercu.
- Spokojnie. Takie rzeczy przecież się zdarzają. No, ale co się stało już się nie odstanie...
- Ja wiem, Jake. Ja... O Boże – jęknęłam, przytłoczona cała sytuacją. - Muszę pójść do banku to wyjaśnić, bo wejdzie nam komornik – wychrypiałam, patrząc tępo w ścianę.
- Tylko już się tym nie stresuj – powiedział zmartwiony, zataczając kciukiem kółka na mojej dłoni, którą wciąż trzymał. - Na pewno masz pieniądze, by zapłacić za rachunki? Bo jeśli to ty masz jakieś problemy finansowe, to ja mogę zapłacić. Mam odłożonych trochę oszczędności i...
- Jake, nie bądź śmieszny – przerwałam mu z lekkim uśmiechem na twarzy. - To dużo pieniędzy, nie masz tylu. Poza tym, wiesz, że ja mam te pieniądze, ty sobie swoje zostaw, mogą wam się na coś przydać.
- Tak, masz rację. Nie chcemy cię tylko obciążać tym wszystkim. Robisz dla nas tyle dobrych rzeczy...
- To też mój dom, o ile pamiętam. - Zaśmiałam się. - Wiesz, Jake? Jesteś bardziej dojrzały niż pokazuje to twój wiek – dodałam ciszej, patrząc mu w oczy, a on się uśmiechnął, ale za chwilę ten uśmiech znikł.
- Nie zabiorą nam tego domu, prawda?
- Postaram się, by tak nie było. Jeszcze dziś – zapewniłam go. - A wiesz, że pieniądze potrafią zdziałać cuda. Nie masz o co się martwić.
- Mam nadzieję. Z tym domem wiąże się tyle wspomnień... - zaczął mówić, a do kuchni wbiegła Maddie, już z samego rana szczęśliwa od ucha do ucha. Komuś humor dopisuje.
- Cześć! - krzyknęła, wpadając w moje ramiona. Mocno ją uściskałam i pocałowałam w policzek, a za chwilę odwróciła się i przytuliła również Jake'a. Ta istotka sprawia, że każdy nasz dzień jest choć odrobinę piękniejszy.
- Co zjesz na śniadanie, królewno? - zapytał ją Jake, ale zanim zdążyła mu odpowiedzieć, usłyszeliśmy dzwonek do drzwi, na co Maddie ponownie się uradowała.
- Mogę otworzyć? - zapytała, odkręcając głowę w moja stronę.
- Może tak sama całkiem nie, ale...
- Chodź, pójdziemy zobaczyć kto to. - Zaśmiał się Jake. Nim skończył mówić, Maddie już nie było w kuchni, więc od razu wstał na równe nogi i ruszył za nią. Uśmiechnęłam się i ponownie popatrzyłam na koperty lezący przede mną. Jedną otworzyłam, od razu ze złą wiadomością. Czas teraz na kolejne. Ciekawe, co w nich mnie czeka.


- Louis! - usłyszałam pisk Maddie, dochodzący z korytarza i aż się wzdrygnęłam. Czasem potrafi przestraszyć człowieka.
- Cześć, jest Cassandra? - usłyszałam tylko tyle i dalej już nie słuchałam.
   No, tak, Tomlinson. Jeszcze jego musiało tu przywiać. Jak coś się pieprzy, to akurat on musi się pojawić, a jakżeby inaczej. Chyba już zdążyłam się do tego przyzwyczaić. Bo do szczęścia brakowało mi tylko jego.
   Na chwilę skupiłam się na kolejnej kopercie, ale zaraz i tak musiałam porzucić tą czynność, bo do kuchni weszła cała trójka. Odsunęłam na bok listy i uniosłam wzrok.
Cass, przyszedł Louis – poinformował mnie Jake, za którym szedł Tomlinson. On podszedł z powrotem do lodówki, a Maddie usiadła obok mnie i wzięła z salaterki śliwkę, by zaraz zacząć ją jeść.
- Widzę – wymamrotałam i westchnęłam. - Co cię do mnie przywiało? Zresztą, jak zwykle, gdy czegoś ode mnie chcesz.
   Stanął na przeciwko mnie i oparł się tyłkiem o blat kuchenny, i skrzyżował ramiona. Był ubrany w garnitur, z czego mogę wnioskować, że idzie do firmy. I teraz dziwnie się czuję z tą myślą, że to jest człowiek, który zarządza Apple. Największą firmą na świecie. I w dodatku stoi w tej chwili przede mną. Powinnam być przytłoczona czy raczej skakać z radości?
- Czy mam przyjąć, że cofasz to, że już mam tu nie przychodzić? - zapytał z głupim uśmieszkiem, ale biorąc pod uwagę moją obecną sytuację, nie bardzo mnie on irytował. Raczej nie miałam już siły, by jeszcze tym się denerwować.
- Coś w tym stylu. Jak wolisz. - Wzruszyłam ramionami.
   Obok mnie Maddie sięgała już po kolejną śliwkę, ale zdołałam powstrzymać ją ruchem ręki.
Ej, najpierw śniadanie. Jake już coś tam wam robi – wytłumaczyłam jej, a ona popatrzyła na naszego brata.
- A co? - zapytała ciekawa, a on odwrócił głową w naszą stronę.
- Jak mi pomożesz, to zrobimy jakieś kanapki – odpowiedział jej.
- Okej. - Zeskoczyła ze stołka i podbiegła do chłopaka.
- Co z waszą mamą? - zapytał po chwili Louis, odprowadzając wzrokiem Maddie. Spojrzał na mnie z wyraźnie skupioną miną.
- Mama... wiesz, bywało lepiej. To znaczy... widać znaczącą poprawę, ale wciąż nie jest do końca dobrze – wytłumaczyłam spokojnie. - Poza tym, nie chcę rozmawiać o tym przy Maddie. Lepiej, by nie słyszała – powiedziałam szeptem, spoglądając na dziewczynkę, która robiła z Jakiem kanapki, wyraźnie zaangażowana w wykonywanie czynności.
- Tak, rozumiem. - Pokiwał głową. - Czasem trudno wytłumaczyć coś dzieciom. Pewnie sam też tak bym zrobił.
- Ciężko mi o tym mówić, bo uświadamiam sobie wtedy powagę całej sytuacji – odpowiedziałam drżącym głosem. - Po prostu jest lepiej. Nie chcę już o tym rozmawiać – westchnęłam.
- Nie musisz, przecież cię nie zmuszam.
- Co zrobiłeś mojej siostrze, że tak się ucieszyła, gdy przyszedłeś? - zapytałam, zręcznie zmieniając temat, nie kryjąc uśmiechu. - Przecież prawie cie nie zna.
- No cóż... To też ma związek z twoją mamą.
- Jaki? - Zmarszczyłam brwi.
- Wiesz... Zaproponowałem jej te lody, na które potem poszliśmy, bo płakała na korytarzu w szpitalu, a potem powiedziała, bym przytulił ją jak... twój były. Więc zrobiłem to – powiedział cicho ostatnie słowa, a mnie zabolało serce.
- Ona... nie widziała go odkąd zerwaliśmy. Był dla niej bardzo bliski i po prostu... chyba szuka kogoś, kto mógłby go zastąpić. Chyba cię polubiła.
- Hmm... Jest wspaniałą dziewczynką – powiedział z uśmiechem, patrząc w inną stronę. - Tak jak jej siostra – wymamrotał pod nosem, prawdopodobnie do siebie. Pewnie nie miałam prawa tego usłyszeć, więc udałam, że jednak tak było. Choć to, co powiedział z pewnością zapamiętam na dłużej i nie ukrywam, że trochę zainteresowało mnie to, dlaczego tak powiedział. Tego pewnie już się nie dowiem. Albo, być może, znów pomylił mnie z tą Natalie. I poprzestańmy na tym, że z pewnością nie mówił tego o mnie.
- W jakim celu przyjechałeś? - odchrząknęłam, powracając do pierwotnego tematu. Skrzyżowałam ręce na piersiach i znów przeniosłam wzrok na Tomlinsona. Stojąc dwa metry dalej, błądził po mnie wzrokiem. Byłam pewna, że znów pomylił osoby.
- Nie wiedziałem, czy twoje rodzeństwo jeszcze u ciebie jest, a w twojej firmie byłem i cię nie zastałem, więc przyjechałem tu. Naprawdę nie chciałem wam przeszkadzać, ale uznałem, że powinnaś wiedzieć, bo to też w pewnym stopniu... łączy się z tobą – mówił omijająco.
- Gadaj, co się dzieje, a nie mówisz o wszystkim, tylko nie o tym, z czym tu przyjechałeś – powiedziałam z rozdrażnieniem.
- Już dawno bym zaczął mówić, ale nie jesteśmy sami. Muszę z tobą porozmawiać w cztery oczy. Sam na sam. Wspólniczko. - Mocno zaakcentował ostatnie słowo i już wiedziałam, że to coś z gangiem. Dzieje się coś złego. A raczej, takie mam przeczucie.
- Jake. - Wstałam ze stołka na równe nogi. Popatrzyłam w powagą i niepokojem na brat. Słysząc mój głos, odwrócił się w moim kierunku, a na jego ustach widniał jeszcze uśmiech, którego powodem była nasza siostra. - Zabierz Maddie i idźcie do pokoju – nakazałam chłodno, przez co zmarszczył czoło, zaskoczony moimi słowami.
- Chcieliśmy zjeść śniadanie i...
- W takim razie zjecie je w pokoju. Proszę.
- Przecież zawsze jemy w kuchni – mówił z wyrzutem. Nie miałam pojęcia, czego powodem była jego nieustępliwość.
- Jake, powiedziałam coś – odpowiedziałam nieco ostrzejszym głosem niż zwykle i chyba zrozumiał, że nie powinni być przy tej rozmowie.
- Chodź, Maddie. - Wziął dwa talerze w dłonie.
   Odwróciłam głowę w ich kierunku, kiedy mnie wymijali.
- Dziękuję – powiedziałam łagodniej niż wcześniej. Kątem oka zobaczyłam, że idą do pokoju, w którym śpi Maddie, a za nimi zamykają się drzwi.
- Co się dzieje? - Ponownie popatrzyłam na szatyna.
- Nie byłaś dla niego ciut za ostra?
- Louis, co się dzieje? - powtórzyłam pytanie, a wtedy odepchnął się od blatu i zrobił krok ku mnie.
- Mamy kłopot – zaczął śmiertelnie poważnym głosem.
- Zdążyłam się domyślić. - Przełknęłam głęboko ślinę. - Mów.
- Porwali dwoje naszych ludzi – wypalił niemal natychmiast, a ja szeroko otworzyłam oczy i na chwilę zamarłam, będąc w szoku.
- Kogo? - wydukałam. Spędzając tyle czasu z tamtym gangiem, zdążyłam już wszystkich poznać i mniej więcej się zaprzyjaźnić.
- Mitcha i Olivera – odpowiedział, nie patrząc na mnie. Sam tez był wyraźnie zdenerwowany.
   Zamknęłam oczy i nabrałam dużej ilości powietrza w płuca. Kopnęłam stojący obok stołek barowy, nie zważając na to, że może zaboleć.
- Kurwa – przeklęłam nabuzowana.
- Nie chciałem jeszcze o tym ci mówić, kiedy sama masz problemy, ale uznałem, że powinnaś o tym wiedzieć – zaczął tłumaczyć.
- Jak to ich porwali? Gdzie i kiedy? - zapytałam, zakładając obie ręce na biodra. - I jak wy w ogóle do tego dopuściliście?
- Nie było nas z nimi. Zorientowaliśmy się dopiero przedwczoraj wieczorem, co się dzieje. Wyszli rano do pracy, po południu nie wrócili tak jak zwykle. Nie odbierają telefonów, nie ma z nimi żadnego kontaktu, a nikt z nich nie jest u swoich bliskich, bo sprawdzaliśmy to.
- A co jeśli chcieli po prostu się od was odciąć na jakiś czas? - podsunęłam pomysł, a on pokręcił głową.
- We dwoje? Nie znasz wystarczająco dobrze Mitcha i Olivera, nie rozmyliby się od tak, nie oni. Poza tym nie zabrali swoich rzeczy, wszystko zostało w domu.
- Jak mogli porwać kogoś z najgroźniejszego gangu w Londynie? Wyjaśnij mi to, kurwa, bo nie rozumiem.
- Problem w tym, że nie porwali ich amatorzy. Tego jesteśmy pewni – prychnął i odkręcił się w stronę okna. - Wypowiadają nam wojnę.
- W takim razie, kto? - zapytałam twardo.
- Mówiłem ci o gangu, który nas znalazł i przyjechał tu, by się zemścić. To byli oni, nikt inny by się nie odważył nawet nas tknąć – wycedził przez zęby.
- Są aż tak groźni? - zapytałam nie dowierzając.
- Nawet nie zdajesz sobie sprawy jak bardzo. - Ponownie obrócił się w moją stronę i spojrzał mi w oczy. Jego błękitne, były w tym momencie niemal czarne i już wiedziałam, że znów ujawniła się jego kryminalistyczna strona.
- To kim oni są? - zapytałam poirytowana. - I nie mów mi, że kiedyś się dowiem, bo tak mówisz zawsze. Masz mi powiedzieć tutaj i w tej chwili albo wypisuję się z tego gangu. Słyszysz? Nie okłamuj mnie więcej, bo powoli tego nie wytrzymuję, rozumiesz? Nienawidzę tego, że cały czas kłamiesz mi w żywe oczy. W Nowym Jorku taki nie byłeś – mówiłam monologiem, a potem zamknęłam oczy, jednocześnie gryząc się w język. Zawsze muszę powiedzieć te kilka słów za dużo? Cholera, Cassandra, naucz się w końcu trzymać ten język za zębami. Mam nadzieję, że przynajmniej nie będzie zadawał zbędnych pytań.
- Nowy Jork był trzy lata temu, już dawno zapomniałem, co działo się w Stanach, nie rozumiesz? Pamiętam tylko, że ty tam byłaś, pamiętam tylko ciebie – zaczął szybko mówić. I już wtedy wiedziałam, że nic sobie nie przypomina. Słusznie robię nie mówiąc mu o niczym. Teraz wiem, że za pewne w nic by mi nie uwierzył. Nie pamięta nic, sam to przyznał. Tu, teraz i przede mną. I muszę zapamiętać: on nie pamięta tamtego czasu.
   Zbyt dużo razy się powtórzyłaś, Cassandra...
- I nie okłamuję cię, ukrywam prawdę – dodał ciszej i spokojniej.
- To to samo – zauważyłam.
- To nie jest to samo! - nieświadomie krzyknął, a ja zmroziłam go wzrokiem, przypominając tym, że nie jesteśmy sami w domu. - Przepraszam. To nigdy nie było to samo – powtórzył mniej agresywnie.
- Chcę tylko wiedzieć, kim oni są. Tylko ja z całego gangu o tym nie wiem i dziwnie się czuję, gdy o nich wspominacie, bo nie mam cholernego pojęcia, o kogo chodzi. Chyba mam prawo wiedzieć, kim są. Chciałeś, bym do was dołączyła, to teraz mnie nie omamuj.
- Chcesz wiedzieć, kim są? Dobrze, powiem ci, ale o nic więcej nie pytaj – uniósł głos. Jego oczy całe emanowały złością.
- Na razie nic więcej mnie nie obchodzi – odpyskowałam.
- Sama wiesz, że mieszkaliśmy przez jakiś czas w Los Angeles. I jak to w Stanach, cały czas przestępcy ze sobą konkurują. Tamtego czasu padło akurat na nas i na tamten gang. Było nas więcej, mieliśmy więcej broni i co najważniejsze: znaliśmy się na rzeczy. Non stop robiliśmy jakiś napad. Pod koniec nie chodziło już nawet o same pieniądze. Chodziło o to, by być jedynym gangiem, który rządzi w Los Angeles. I stało się. Okradliśmy całe LA, wszystko co się dało. Banki, jubilery, sklepy, zwykłe domy, dosłownie wszystko, bo było nas znacznie więcej. Żyliśmy tylko tym. Mówili o nas w wiadomościach, chcieli nas złapać, szukali nas, ale nie udało im się. Uciekliśmy ze Stanów i przenieśliśmy się do Europy. Większość gangu się wypisała i tylko najwierniejsi zostali ze mną w Londynie. Ale uciekliśmy z Los Angeles nie tylko po to – przerwał i popatrzył tęsknym wzrokiem za okno. - Tak naprawdę nie baliśmy się policji, nie raz nas łapali, a potem i tak im uciekaliśmy. Tu chodziło o tamten gang. My okradliśmy całe miasto, nic im nie zostało. Skumulowali wszystkie swoje siły i próbowali nas zaatakować. Szukali nas przez 2 lata, chcąc się zemścić. W końcu, nie wiem jak, dotarli na ten kontynent. Namierzyli nas i tak łatwo nie odpuszczą, bo się im naraziliśmy. Dopną swego, kosztem naszych bliskich. Posuną się nawet do tego – wyjaśnił i nastała chwila ciszy, którą przerwałam.
- Czyli... chcą się na was zemścić, bo okradliście całe LA i nic im nie zostawiliście, i tym samym to wy wygraliście tą 'wojnę'? Dobrze zrozumiałam?
- Tak – odparł. Wiem, że to chore. - Prychnął śmiechem. - Ścigają nas tylko dlatego, że przejęliśmy LA. Ja sam nie widzę w tym sensu, ale taka jest prawda. To między innymi dlatego moja firma jest tajemnicą, tak jest bezpieczniej. Mniej o mnie widzą – wypowiedział ostatnie zdania ciszej. - Teraz wiesz, o co w tym wszystkim biega. Skończysz pytać? - Na nowo się zdenerwował, a przecież nic nie zrobiłam.
- Pomogę wam ich odbić – odpowiedziałam, omijając jego pytanie.
- Żarty sobie robisz, Miller?
- O co ci chodzi, Tomlinson? - Zmarszczyłam czoło poirytowana.
- Twoja mama jest w szpitalu, a w domu masz dwójkę swojego rodzeństwa. Myślisz, że narażę cię na coś takiego w tym momencie? Oni cię potrzebują. Powiedziałem ci tylko o tym, bo musiałaś wiedzieć.
- To nie jest twój wybór. Chcę pomóc, należę do gangu.
- A ja rządzę tym gangiem i ci zabraniam, słyszysz? - zakazał ostro, przez co jeszcze bardziej mnie rozzłościł.
- Uważasz, że sobie nie poradzę, tak? - wyskoczyłam do niego z pretensjami.
- Wiem, że byś sobie poradziła, ale na razie widzę, że nie radzisz sobie z kimś innym.
- Co masz na myśli? - syknęłam.
- Wiem, że twój brat podsłuchuje. Nie wiem, ile z tego usłyszał, ale mam nadzieję, że niewiele. - Wskazał na drzwi z tyłu, kilkanaście metrów dalej. Nie były jednak do końca zamknięte.
   Poczułam, jak narasta we mnie gniew, ale nim zdążył wybuchnąć, Tomlinsona już nie było.

***