14 października 2019

ROZDZIAŁ 33. 'PRZESZŁOŚĆ JEST TATUAŻEM'


*Louis*

- Powiem ci teraz o wszystkim, co skrywam i co powinieneś wiedzieć. Chodź. - Cass pociągnęła mnie za rękę na kanapę, a ja nawet się temu nie opierałem, zbyt zestresowany byłem tym, co mogę usłyszeć. Poczułem, że w końcu nadszedł ten moment, kiedy prawdopodobnie dowiem się o tych tajemnicach, może o tym tatuażu, o którym w ogóle nie chciała ze mną rozmawiać, nawet w najmniejszym stopniu. A to oznacza, że... ona jest naprawdę gotowa, by mi o tym powiedzieć, jeśli sama zainicjowała rozmowę.
Usiadłem na miękkiej sofie, nieprzerwanie na nią patrząc, bo właśnie zdałem sobie sprawę z tego, że obawiałem się, co mogę od niej usłyszeć. I może ona była już na to gotowa, ale ja nie byłem tego pewny. Wiem, że muszę się dowiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi i cieszy mnie mnie to, że nie musiałem jej do niczego zmuszać, sama postanowiła, że mi powie. Tylko że ja mam jakieś dziwne uczucie, że to rzeczywiście coś poważnego. Chyba w innym wypadku, gdyby tak nie było, dowiedziałbym się wcześniej, prawda?
Odstawiłem szklankę z sokiem na ławę, podobnie jak Cassandra, która za chwilę usiadła obok mnie. Przytuliła do siebie poduszkę, a na drugą położyła skręconą nogę i jeszcze poprawiła się na kanapie, by oprzeć się plecami o oparcie. Serce zabolało mnie na myśl, że to wszystko przeze mnie. Przeze mnie teraz ją boli kostka, przeze mnie cierpi, przeze mnie jest uziemiona i przeze mnie może mieć potem problemy z tą nogą. Jestem takim idiotą. Mogłem jej wtedy pomóc, mogliśmy nie jechać na tych rowerach, mogłem jej pozwolić dłużej odpocząć, to wtedy nie nadwyrężyłaby jej, może nie byłoby tak źle z nią. Albo mogłem po prostu kogoś sprowadzić, by po nią przyjechał, a zaślepiła mnie ta sprawa z Jonesem i gangiem. Cass dobrze mówiła, że chłopaki sami by sobie poradzili, ale... jak już mówiłem, jestem głupcem. I egoistą. I tak, w pełni zgodzę się z tym, że jestem winien wszystkiego. Miała być moją księżniczką, a sprawiłem, że czuje się z pewnością beznadziejnie.
- A więc... - zaczęła, nabierając dużej ilości powietrza w płuca i skubiąc rąbek poduszki. - Dużo o tym myślałam i... chyba najrozsądniej będzie już ci o tym powiedzieć. Nie ma sensu dalej tego ciągnąć, bo zasługujesz, by wiedzieć, szczególnie o tym, co powiem na samym końcu. I to, że chcę powiedzieć to tego wieczora, nie znaczy, że jest mi łatwiej. Nigdy nie będę gotowa, by wyjawić tą prawdę. Tylko że... tak, już jest na to czas. - Przełknęła głęboko ślinę.
- Czy... to coś wspólnego z twoim tatuażem? - zapytałem niepewnie, przeczuwając, że może to o to chodzi, na co szatynka obróciła rękę na jej wewnętrzną stronę i spojrzała na nadgarstek.
- Domyśliłeś się. - Uśmiechnęła się blado. - Chodzi głównie o ten tatuaż. Nie raz o niego pytałeś, a ja za każdym razem się denerwowałam, nie pokazywałam nawet, jak bardzo i zbywałam, mówiąc, że albo kiedyś się dowiesz, albo, że prawdziwą żałobę nosi się całe życie. Nie domyśliłeś się nigdy do czego mogę nawiązywać?
- Mówiłaś o żałobie, czyli... czyli powiesz o kimś zmarłym czy...
- Zgadza się. - Pokiwała szybko głową. - Nie o jednej osobie.
- Dlaczego mówisz mi o tym akurat po tym, co działo się wczoraj? Akurat po naszej kłótni? To na pewno nie jest przypadkowy moment.
- Masz rację, ale to już ci przecież mówiłam. Mówiłam, że chcę cię przekonać, że nie tylko ty doświadczyłeś złego, ie tylko dla ciebie życie było okrutne i ja też przeżyłam wiele. Nie raz bałam się, że zostanę bez niczego i nie raz głodowałam przez kilka dni, by wyżywić rodzinę. Każda tragedia była dla mnie jak nóż wbity głęboko w serce. Kiedy ledwo wychodziłam na prostą i pogodziłam się z jedną tragedią, kolejna uderzała mocniej i bolała silniej. Możesz nie wierzyć, ale nie sądzę, żeby za dużo ludzi przeszło tyle, ile ja przeszłam. Ja chcę cię tylko uświadomić, że... naprawdę liczyłam i wciąż mam na to nadzieję, że jeszcze będę szczęśliwa, choć troszeczkę i nic nie zakłóci tego rytmu... - przerwała i głęboko odetchnęła. - Wiesz co? Życie mnie nie oszczędziło, Louis. - Krzywo się uśmiechnęła, na chwilę na mnie spoglądając.
- Trochę zaczynasz mnie przerażać, Cass. - Przełknąłem ślinę.
- Przerażę cię na końcu... - wyszeptała, przez co szerzej otworzyłem oczy. - Jesteś gotowy? - zapytała, na co z opóźnieniem pokiwałem nerwowo głową, a ona wyciągnęła rękę w moim kierunku, podsuwając ją bliżej mnie.
Zobaczyłem cztery czarne, lecące ptaki – każdy w innym rozmiarze, i nagle zauważyłem nawiązanie do żałoby i do śmierci.
- Każdy ptak oznacza ważną dla mnie osobę, którą straciłam, bezpowrotnie. I każde to odejście odcisnęło wielkie piętno na moim życiu, każde zraniło silnie moje serce. Zacznę od najlżejszego i z każdym kolejnym będzie gorzej... Wszystkie ptaki wykonał jeden tatuażysta i... niewiele osób zna znaczenie tych tatuaży. Doceń to, że ci powiem, że się dowiesz i... już się nie waham, czy ci to wyznać, bo wiem, że musisz wiedzieć o pewnej sprawie – powiedziała spokojnie, na co przełknąłem nerwowo ślinę i złapałem ją za wytatuowany nadgarstek.
- Ten pierwszy, tak? - zapytałem, przejeżdżając kciukiem po najmniejszym ptaku i spojrzałem na nią. Patrzyła na ruchy moich dłoni, a za chwilę nasze spojrzenia się spotkały i pokiwała głową. - Dobrze. Mów. Nie spiesz się.
- Nie wiem, czy potrafiłabym się w tym pospieszyć. - Skrzywiła się. - Ten jest najmniejszy, bo to było najlżejsze zło, które mnie spotkało z tych wszystkich, najmniej mnie zraniło. Nick.
- Nick? - zapytałem, marszcząc brwi.
- Nick – przyznała. - Mój były, widziałeś go raz po akcji.
- Ale... on przecież żyje... nie rozumiem. - Pokręciłem głową. - To nie miały być zmarłe osoby?
- Tak. To jest jedyna żyjąca osoba, która spowodowała, że ten ptak tu się znalazł, ale... dla mnie jest tak, jakby umarł, jakby odszedł na zawsze. Choć to nie taka tragedia jak te, o których powiem później.
- Tak bardzo cię zranił czy tak się do niego przywiązałaś? - zapytałem cicho, ale nie przejmowałem się za bardzo tym, że mówi o swoim byłym. Wierzę, że nie wróci do niego, kiedy jest ze mną.
- I jedno, i drugie, ale... był przede wszystkim niezwykle dla mnie ważny. Zaczynał wchodzić do naszej rodziny, mama była przekonana, że to właśnie za niego wyjdę za mąż, nie mogła powiedzieć o nim złego słowa. Przy nim byłam przez długi czas szczęśliwa, wierzyłam, że w dalszym ciągu tak będzie. Tylko pod koniec zaczęliśmy się od siebie oddalać. Nie chodziło o kłótnie, ale bardziej o to, że częściej już go nie było, wiele razy wylatywał beze mnie do Stanów. Tłumaczył się pracą, ale... ale wiedziałam, że to nie może być to.
- Kochałaś go, prawda? - zapytałem jeszcze ciszej.
- Kochałam. - Pokiwała głową. - Jeszcze długo po naszym rozstaniu, dlatego tak bardzo obawiałam się rozpoczęcia związku z tobą. Miałam przed nim wiele chłopaków, ale na kilka tygodni, miesięcy, nic stabilnego. Głupie, młodzieńcze miłości, które nie miały szans przetrwać. Związek z Nickiem był moim pierwszym poważnym i najdłuższym, moje życie przy nim nabierało barw, rozumiał mnie. Byliśmy razem ponad dwa lata, Maddie traktowała go jak tatę, był jej tak bliski.
- Co się stało z waszym tatą? - wtrąciłem niepewnie.
- Jeszcze nie. - Pokręciła powoli głową. - Dojdę do tego, powiem – obiecała, na co przytaknąłem i pozwoliłem mówić jej dalej. - Poznała nas Georgia, z mojego poprzedniego gangu, moja szefowa wtedy. Znasz ją. Myślałam, że naprawdę dobrze mi życzyła, tak się przynajmniej wydawało. W dniu zerwania, wtedy, gdy pierwszy raz skontaktowałeś się ze mną po tych 3 latach, dowiedziałam się, że zdradził mnie z nią. Przyznał się, że latał do Stanów, wtedy, kiedy ciągle go nie było i nie widzieliśmy się za często. Przeczuwałam, że coś się psuje, ale wmawiałam sobie, że to przez moją firmę i... może właśnie też dlatego zaczął mnie zdradzać, bo nie miałam dla niego tyle czasu. Bolało to, że to była moja przyjaciółka, a to cały czas się powtarzało. Teraz jest z nią, przeprowadzili się do Londynu, a mi zaproponował przyjaźń po tym wszystkim. Śmieszne, prawda? - Parsknęła śmiechem, ale na mnie nawet nie spojrzała, niespokojnie bawiła się poduszką. - Rozumiesz, dlaczego dla mnie jest jakby umarł? Mój pierwszy poważny związek, z świetlaną przyszłością, byłam w końcu szczęśliwa, na chwilę, a potem... pyk... wszyściutko się posypało. Byłam zdradzana wielokrotnie przez chłopaka i przyjaciółkę... i wszystko nagle się spieprzyło, nie chciałam już więcej go widzieć. Dlatego tak bardzo zależy mi teraz na tobie. Nie chcę, żeby to wszystko się powtórzyło, nie chcę kolejny raz tego przeżywać. Rozumiesz, dlaczego tak się obawiałam bym z tobą? Odpychałam od siebie myśl, że mogę być w tobie zakochana. Nienawidzę się z tobą kłócić, bo wtedy nachodzi mnie myśl, że i ty odejdziesz.
- Nie mam zamiaru. Kocham cię. - Złapałem ją za dłonie i ucałowałem. - Słyszysz? Kocham cię i ja nie zamierzam odchodzić. Pozwól mi tylko zostać, pomóż mi się zmienić, a przysięgam, że będziesz jeszcze szczęśliwa, tylko daj mi czas. Nie jestem taki jak on, nie zdradzam. Pamiętasz, co kiedyś mówiłem? Jeśli kocham, to na serio, wkładam w to całe swoje serce. Zapamiętaj to, proszę.
- Pamiętam. - Pociągnęła nosem, lekko się uśmiechając. Nastała chwila ciszy, a po tym spojrzała na mnie. - O tym porozmawiamy potem, dobrze? Mam pewną propozycję dla ciebie, ale najpierw muszę powiedzieć o tym, muszę skończyć to, bo nie wiem, czy potem dam radę. Muszę mówić to dalej, nie mogę przerwać.
- Rozumiem. Ja do niczego cię nie zmuszam, wiesz o tym, prawda? - upewniłem się, a kiedy przytaknęła – dodałem: - Teraz drugi tatuaż, drugi ptak, tak?
- Yhm, ten – wskazała na nieco większy malunek. - Kelly, jak sam widziałeś, ma identyczny i dla nas obu oznacza to samo. Miałyśmy przyjaciółkę, Chloe, kiedy jeszcze mieszkałyśmy w Nowym Jorku. Trzymałyśmy się we trzy, większość rzeczy robiłyśmy wspólnie. Chodziłyśmy do jednej szkoły, razem bawiłyśmy się na imprezach, nawzajem nocowałyśmy u siebie... wiesz, jak to dziewczyny, nie muszę ci więcej mówić. Wszystkie byłyśmy blisko, mówiłyśmy sobie o każdej rzeczy i trudno było mieć przed nimi tajemnice. Zresztą, z Kelly wciąż tak jest. - Uśmiechnęła się przed siebie. - Wydawało nam się, że wiemy o Chloe wszystko. Zataiła jednak przed nami to, że jest nieuleczalnie chora, miała raka. - Wciągnęła głęboko powietrze i jej mina diametralnie zmieniła się na zrozpaczoną. - Okazało się, że popadła w depresję, a my z Kelly nawet tego nie zauważyłyśmy – zaczęła mówić łamliwym głosem, łzy spływały jej po policzkach.
Położyłem dłoń na jej udzie, by okazać jej swoje wsparcie, a ona natychmiast za nią złapała i pociągnęła nosem.
- Miałam 15 lat, Kelly 16, tak jak i ona. Były wakacje, a tak właściwie już ich koniec, za kilka dni rozpoczynała się szkoła. Poszłam do niej z Kelly, miałyśmy iść do kina, ale... znalazłyśmy ją w jej pokoju... powiesiła się – mówiła szybko i zaraz zaczęła się dławić łzami. - Nigdy nie wymażę tego widoku z pamięci, ten obraz powracał do mnie przez długi czas. W szkole wszystko mi ją przypominało. Ciężko było mi po tym wstawać z łóżka i chodzić tam, i... patrzeć na te twarze i wiedzieć, że... że każdy mówi o tobie, bo to twoja przyjaciółka się zabiła... Trauma zostanie mi już na całe życie – szlochała.
Przytuliłem ją, a ona wtuliła się w moją szyję, próbując uspokoić oddech.
Nie mogłem uwierzyć w to, że coś takiego mogło jej się przydarzyć. Takie rzeczy dzieją się w filmach, to zbyt straszne, by mogło być prawdziwe. Powiedziała dopiero o drugim tatuażu, a ja już się boję, co powie dalej. Mówiła przecież, że będzie gorzej. Nie umiem nawet sobie wyobrazić, co może być gorszego, co jeszcze złego ją spotkało, co powie niedługo.
- Ten ptak, u mnie i Kelly, jest ku czci Chloe, na zawsze zostanie w naszej pamięci dzięki temu – odezwała się po chwili. - Popełniła samobójstwo, ale to przecież nie jej wina, że była chora.
- Masz rację. - Pogłaskałem ją po plecach. - Jej czyn ma usprawiedliwienie, miała depresję. Ale najgorsze, że to wy ją znalazłyście, prawda?
- Nawet nie zdajesz sobie sprawy, ile przeżywałam to ja i ile przeżywała to Kelly. Przez kilka miesięcy musiałyśmy chodzić na terapię do psychologa.
- Pomogło? - zapytałem niepewnie, nie wiedząc, czy powinienem.
- Kelly - tak, mi – na chwilę. Bo kiedy mi pomogło, dotknęła mnie kolejna tragedia. - Wyciągnęła przed siebie rękę i wskazała na jeszcze większy tatuaż, na trzeciego ptaka. - I to mnie po prostu dobiło, myślałam, że umrę z rozpaczy. Zabrano mi kolejną osobę, którą kochałam, jakby mnie karano, ale... nie wiem za co. - Ponownie głęboko odetchnęła i na kilka chwil przerwała, by napić się soku. Odczekała moment i kontynuowała, już o wiele spokojniej.
To ona cały czas mówiła, a ja nie miałem ani prawa, ani serca, by jej przerywać. Nie miałem nic teraz do gadania, to nie o mnie chodziło.
- Pamiętasz ten dzień, gdy spotkałeś mnie na cmentarzu i chciałam, żebyś wtedy odszedł? - zapytała, a ja automatycznie przywołałem sobie ten obraz w pamięci. - Nie lubię o tym mówić, bo to złe wspomnienia. Bałam się, że zaczniesz mnie pytać, o co chodzi, a tego nie chciałam. Na grobie, przy którym stałam jest napis: 'James Miller. Dzielnie służył ludzkości do ostatniej minuty'. Nie wiem, czy zwróciłeś na to uwagę.
- Zwróciłem, od razu pomyślałem, że to ktoś z twojej rodziny. Wiesz, ze względu na nazwisko...
- Tak, to mój tata – wyszeptała.
- Skąd ten napis na jego nagrobku?
- Był żołnierzem – westchnęła, a ja wtrąciłem się:
- Zginął na jakiejś misji?
- Nie – parsknęła. - Każdy myśli, że zginął na misji, kiedy dowiaduje się, że był żołnierzem, ale to nie to. - Zwiesiła głowę, widziałem, że ciężko jest jej o tym mówić. - Miałam 16 lat, przylecieliśmy wszyscy tutaj, do Londynu, na urlop taty. Nie w wakacje, bo wtedy zawsze służył w wojsku i nie dostawał nawet przepustki. Mieliśmy spędzić wspólnie wspaniały tydzień. Ja, mama, tata, Jake i Maddie. Jake miał 12 lat, Maddie niespełna rok. Był któryś dzień naszego wyjazdu, wynajmowaliśmy dom. Nie wiedzieliśmy, że w okolicy krążą przestępcy. Włamali się do nas i wszystkich nas napadli. Żądali pieniędzy, złota... to nie był taki gang jak my, oni zabijali przypadkowych za nic, nie chodziło o żadne interesy... Szli i mordowali, kiedy nie dostali forsy, byli gorsi od nas. I... tata oddał swoje życie za nasze, żebyśmy my żyli. - Głos ponownie jej się załamał. - Zabili go na moich oczach, byłam przy nim w chwili, gdy wziął ostatni oddech... Powiedział, że nas kocha... to były jego ostatnie słowa... - Nie wytrzymała i sama mnie przytuliła, dusząc w sobie płacz. - Jake jest tak do niego podobny... czasem już mnie to przerasta...tak bardzo tęsknię.
- Musisz być silna, dla nich. - Ucałowałem ją w czubek głowy.
- Jestem. To wszystko, co robię, robię dla nich – odezwała się za chwilę. Słyszałem, że już znacznie się uspokoiła.
- Jeśli nie dasz rady, nie musisz mówić. Wiem, jakie to dla ciebie trudne i że cały czas płaczesz.
- Płaczę, bo muszę się w końcu komuś wypłakać. Niewiele osób wie o mojej historii . - Przełknęła ślinę i wiedziałem, że była gotowa, by zaraz mówić dalej. - Okres po śmierci taty był najgorszym etapem w moim i mamy życiu. Zresztą... czuję, że Jake też to odczuł. Maddie – nie, była za mała, ale on – tak, z pewnością. Maddie wychowywała się bez taty i teraz po prostu próbuje znaleźć kogoś, kto trochę go jej zastąpi, da to bezpieczeństwo, choć wie, że Jake też jest zawsze obok niej. Najpierw przywiązała się do Nicka, jak ci wspominałam, teraz... To ciebie bardzo polubiła, bo wie, że on już nie wróci. Ja cię do niczego nie zmuszam, ale ona już traktuje cię jak członka rodziny. Polubiła cię nawet bardziej niż jego. Nie chcę, by cierpiała, jakbyś odszedł.
- Mówiłem, że nigdzie się nie wybieram – powtórzyłem, pewny swoich słów.
- Ja wiem, ale to moja młodsza siostra i to normalne, że będę martwić się o nią na każdym kroku. Chyba sam rozumiesz.
- Jak sobie radziliście, kiedy zabrakło waszego taty? - zapytałem, a ona wciągnęła policzki do środka.
- Jak sobie radziliśmy? Cóż... było ciężko. Z dnia na dzień to ja stałam się kimś, kto musiał zadbać o rodzinę i ją wyżywić. Niecały rok po śmierci taty mama zaczęła chorować na serce i przestała pracować, cała odpowiedzialność spłynęła na mnie. Dostawaliśmy pieniądze od państwa, ponieważ tata był wojskowym, ale to nie było wystarczające na cztery osoby, szczególnie przy dorastających dzieciach i chorym członku rodziny. Wstąpiłam więc do gangu, Georgia mnie przyjęła. Znalazła mnie kiedyś, gdy szłam nocą z pracy dorywczej i nie wiem skąd, ale wiedziała, że potrzebuję gotówki. Na dniach studiowałam przedsiębiorstwo przez jakieś 3 lata, a nocami kradłam pieniądze. Musiałam utrzymać finansowo rodzinę. Opieka zdrowotna w Stanach jest cholernie droga, a ja chciałam też zapewnić w miarę normalne dzieciństwo Jake'owi i Maddie. Nie ja byłam najważniejsza, nie moje potrzeby, to oni byli na pierwszym miejscu. Byłam jedyną pracującą osobą w rodzinie, mama była przekonana, że tak duże pieniądze płaci mi jakaś ogromna firma. A ja... szłam na każdą akcję, nawet, gdy byłam zmęczona, bo była potrzebna kasa na szkołę, jedzenie, ubranie czy chociażby na zabawki i drobne przyjemności dla nich. Robiłam wszystko, by im było najlepiej, pozwalałam jeździć im nawet na wycieczki szkolne, choć wiedziałam, że potrzeba więcej pieniędzy. Płaciłam nawet za rachunki, to ja siedziałam głównie z dzieciakami, kiedy mama była w szpitalu. W rzeczywistości to ja byłam jedynym żywicielem rodziny. To, co zostawało z pieniędzy przeznaczałam na własne semestry nauki na uniwersytecie. Uczyłam się na tyle, ile mogłam, ile miałam na to kasy. A potem... stała się kolejna tragedia, gdy miałam 19 lat, czwarty tatuaż. - Położyła palec na nadgarstku na ostatnim, największym ptaku.
Chciałem znów o coś zapytać, o ten kolejny tatuaż, ale ona mówiła dalej. To znaczy, że z pewnością powie to później.
- Po tej kolejnej tragedii, nie dość, że byłam załamana psychicznie, to jeszcze pieniądze zaczęły się kończyć. Akcji i skradzionych pieniędzy było znacznie mniej i... tylko ja w rodzinie byłam świadoma, że w kwestii finansowej jest źle, że wpadliśmy w długi, robiło się niebezpiecznie. Nikomu o tym nie mówiłam, nawet mamie, nie chciałam, żeby się denerwowała. Policzyłam wszystkie pieniądze i nie skończyłam studiów. Rzuciłam ostatni rok nauki, bo nie byłam w stanie zapłacić, ważniejsza była edukacja Jake'a i Maddie. Odeszłam z gangu, znalazłam najtańszy lot do Londynu, zabrałam Tristana i Kelly, i przyleciałam tutaj, zostawiliśmy Stany. Mamie dałam jak najwięcej pieniędzy, a tutaj wszystko potoczyło się dość szybko. Założyliśmy z Tristanem firmę, prędko staliśmy się bogatsi i sprowadziłam tu rodzinę. Poznałam Nicka, bo z Georgią wciąż się spotykałam i utrzymywałam kontakt. W Londynie rozpoczęliśmy nowe życie, o to chodziło. Cały czas wspieram moją rodzinę finansowo, ale już nie musimy się martwić o pieniądze. Od ponad sześciu lat zarabiam za wszystkich, Jake też trochę pracuje. Ale... najgorsze czasy chyba minęły. Mam nadzieję, że już nie wrócą. Firma... jeszcze żyje, nawet, jeśli ja nie mam pełnego, potrzebnego wykształcenia, pieniądze jeszcze mam.
- Wspominałem, jak wielką, silną mam dziewczynę? - zapytałem, zakładając kosmyki włosów za jej ucho, a ona delikatnie się uśmiechnęła. - Wielką, silną, dzielną i... naprawdę przykro mi, że to wszystko ciebie spotkało. Sam nie wiem, czy ja bym się pozbierał po czymś takim... Nawet nie wiem, co mam powiedzieć...
- Nie musisz nic mówić, wystarczy, że mnie przytulisz.
- Ale pamiętaj, że jestem dla ciebie, jeśli będziesz mnie potrzebować, tak?
- Pamiętam, pamiętam – szepnęła i oparła głowę o moje ramię. Złączyła nasze dłonie. Słyszałem jej spokojny oddech, nie płakała już, ale wyczuwałem napięcie między nami.
- Co znaczy czwarty ptak? - zapytałem po minutach milczenia. W dalszym ciągu odpowiedziała mi cisza. - Cass, co znaczy czwarty tatuaż? - powtórzyłem. Znów nie dostałem odpowiedzi, ale poczułem, jak porusza się i zobaczyłem, że unosi głowę. Spojrzała na mnie z pełną powagą.
- Nasze dziecko – odpowiedziała krótko, a ja zamarłem.
Na chwilę przestałem oddychać, świat dookoła przestał dla mnie istnieć. Patrzyłem tylko na nią, czekając aż wybuchnie śmiechem albo powie, że to tylko żart, ale nic takiego się nie stało.
- C-co... Ty... - Nie potrafiłem połączyć ze sobą słów, nie wiedziałem, co mam powiedzieć. Nie byłem pewny, co mianowicie się dzieje w tym momencie.
- Bałam się powiedzieć ci o tym wcześniej. Bałam się, że mi nie uwierzysz, że mnie wyśmiejesz i powiedz, że wszystko sobie zmyśliłam, by wymusić na tobie pieniądze, ale... tak, byłam w ciąży... z tobą.
- J-jak to jest w ogóle możliwe? - zapytałem, patrząc przed siebie kompletnie zszokowany. Mój mózg nie przyswajał do siebie tej informacji. Przecież my nie byliśmy nigdy wcześniej razem, nie...
- Stany, trzy lata temu. Dlatego tak bardzo zależało mi na tym, żebyś pamiętał, co się tam działo i żebyś przede wszystkim mnie pamiętał. Gdybyś nie pamiętał, nie byłoby sensu ci o tym mówić, więc wkurzyłam się, kiedy okłamałeś mnie w tej kwestii i zwlekałam z powiedzeniem prawdy, a... musiałeś wiedzieć. Teraz wiesz – wyszeptała przy końcu, ale ja wciąż nie rozumiałem, jak mogło do tego dojść.
- Nie... kiedy my...
- Nasze gangi wtedy współpracowały, a ty byłeś gorszy niż jesteś teraz, pamiętam. Byłeś tyranem, liczyły się wtedy dla ciebie imprezy i władza, ale jakoś się wtedy dogadywaliśmy. Byłeś na kilka tygodni w Nowym Jorku, nieźle się wtedy razem bawiliśmy. Mnie traktowałeś... jakoś tak inaczej niż resztę dziewczyn, chyba nawet mnie lubiłeś.
- Ale ja miałem wtedy dziewczynę, może i byliśmy ze sobą pokłóceni na... nie wiem, kilka dni, ale...
- Ale stało się, Louis – przerwała mi trochę zbyt ostro. - Ty nic nie pamiętasz jednak, prawda?
- N-nie wiem – zawahałem się. - Chyba że byłem może pijany albo...
- Uwierzysz mi, jak ci powiem?
- Oczywiście, że tak. - Natychmiast pokiwałem głową. - Wiesz, że ci ufam, wierzę, ale powiedz, jak to było możliwe, bo... nie pamiętam dokładnie. Pamiętam jedynie, że razem balowaliśmy i okradaliśmy, pamiętam ciebie, ale ten moment...
- Bo się upiłeś – wtrąciła cicho. - Gorzej ode mnie. Byliśmy na pierwszej wspólnej imprezie, świętowaliśmy naszą współpracę i wasz przyjazd do Nowego Jorku. Zacząłeś się do mnie przystawiać, a ja nawet się nie sprzeciwiałam, pozwalałam ci na to. C-chyba to pamiętasz, bo... zanim byliśmy razem, mówiłeś, że nie pierwszy raz widziałbyś mnie bez ubrań. W Stanach... wtedy... wspominałeś, że dziewczyna cię wnerwiła, że musisz odreagować, a ja... jak widać nie byłam lepsza. Przespaliśmy się ze sobą... Dowiedziałam się dwa miesiące później, że jestem w ciąży... i w dodatku cały czas imprezowałam, i nie wiedząc o niczym, piłam alkohol.
- Zdradziłem swoją ówczesną dziewczynę z tobą... - powiedziałem w osłupieniu, ponieważ ta informacja nie mogła do mnie przemówić. - I jeszcze mieliśmy mieć dziecko... Dlaczego... Dlaczego, gdy się dowiedziałaś nic mi o tym nie powiedziałaś? Nawet nie zadzwoniłaś, nie napisałaś?
- Miałam zamiar, naprawdę. Nie wyobrażałam sobie, by być matką w wieku 19 lat, ale w końcu się z tym pogodziłam. Byłam nawet gotowa wychowywać sama to dziecko, gdybyś je odrzucił. Nie chciałam od ciebie pieniędzy, jedynie, żebyś wiedział, ale...
- C-co się z nim stało? Dlaczego teraz go nie ma? - pytałem drżącym głosem, w oczach czując łzy. - Chyba nie zrobiłaś aborcji, prawda? - zapytałem przerażony, a ona pokręciła automatycznie głową.
- Nie mogłabym, chciałam je urodzić – wyszeptała, patrząc na mnie. Oczy jej błyszczały, a dolna warga drżała. - Jechałam do ciebie, by ci o nim powiedzieć, ale zdarzył się wypadek.
- Co? - zapytałem bezsilnie, tracąc dech.
- Samochód jadący od mojej strony zderzył się ze mną, a ja straciłam przytomność. Kiedy obudziłam się w szpitalu, okazało się, że poroniłam. Straciłam dziecko, a ciebie nie było już nawet w Nowym Jorku. Nie miałam już o czym ci mówić, wróciłeś do Los Angeles. Potem i ja się wyprowadziłam i... więcej już się nie zobaczyliśmy... aż do chwili, gdy się ze mną skontaktowałeś po tych trzech latach. Nie sądziłam, że jeszcze cię kiedyś zobaczę, a już szczególnie, że będziemy razem. Moja mama od początku o tobie wiedziała, tak jak i Jake, chcieli wiedzieć, jak wyglądasz, kto jest ojcem dziecka, więc pokazałam im twoje zdjęcia... i tylko oni wiedzą, że byłam w ciąży. Byliśmy na to gotowi, że urodzę, że jakoś sobie poradzimy, że nasze życie znów się zmieni, ale... Ale zmieniło się, tylko nie tak jak miało. Po tym, jak poroniłam... zaczęłam palić. Naprawdę przywiązałam się do tego dziecka przez ten krótki czas. Długo nie mogłam się pogodzić z jego stratą, aż pojawił się Nick i dał mi trochę tego szczęścia. Nie mogłam się pozbierać przez kilka miesięcy, mama bała się, że coś sobie zrobię... Nowy Jork po epizodzie z tobą zniszczył mnie na resztę życia, a mama, gdy się dowiedziała, że wróciłeś, obawiała się, że znów będę przez ciebie cierpieć.
- Gdybym wiedział wcześniej...
- I co byś zrobił? Przecież jechałam, by ci powiedzieć, chciałam – wyszeptała przez łzy, aż w końcu spłynęły jej po policzkach.
- M-mogłem być ojcem. - Popatrzyłem tępo w ścianę. - Boże... gdyby nie los, miałbym dziecko... mielibyśmy. - Sam zacząłem szeptać i nim się obejrzałem, rozpłakałem się jak ona. - Cass? - zwróciłem jej uwagę, a ona sama, cała we łzach, spojrzała na mnie. - Wychowałbym to dziecko, musisz wiedzieć – wydusiłem z siebie, a ona mocniej się rozpłakała.
- Tak się bałam ci o tym powiedzieć. - Dławiła się łzami, a ja wycierałem jej policzki, mimo że i moje były kompletnie mokre.
- Domyślam się, ale... widocznie los tak chciał, to nie jest twoja wina. - Oparłem swoje czoło o jej, a potem mocno przytuliłem.
Oboje płakaliśmy, długo, nie wiem, ile czasu. Oboje rozpaczaliśmy po stracie dziecka. Poczułem, jakby ktoś wbił mi nóż w serce, cały mój świat na chwilę się zawalił. Nie wyobrażam sobie, jak ona musiała się czuć w chwili, gdy dowiedziała się, że poroniła, mogła być matką. Przeżywała to samotnie. Gdybym tylko wiedział, byłbym przy niej. A teraz jeszcze na nowo musiała o wszystkim powiedzieć, rozdrapać rany... Już nigdy nie powiem, że nie zna okrutnego życia. Moja Cassie za dużo przeszła w tak młodym wieku, a mnie nie było obok, by ją wspierać. Teraz mogę jedynie być przy niej i tulić ją do siebie, pozwolić się wypłakać, nawet jeśli chce płakać wiele godzin. Nie muszę nic mówić, nawet nie potrafię...
Moje maleństwo...
Moje dziecko...

***

Jestem prowadzony przez moją dziewczynę korytarzem jej penthouse'a. Wciąż jestem wstrząśnięty tym, co usłyszałem ponad godzinę temu, ale już znacznie spokojniejszy po tym, jak oboje się wypłakaliśmy. Przez całe 60 minut myślałem o tym nienarodzonym dzieciątku i o Cass, i z każdą myślą rozpaczałem mocniej. Nie mam słów, by opisać, jak się teraz czuję, nie potrafię w żaden sposób tego wyrazić, ale... myślę, że nie muszę, na pewno nie jeden zrozumie, w jakiej sytuacji się znajduję. Zrozpaczony, przytłoczony, przybity, całkowicie zdołowany i zszokowany, ale... już się w miarę oswoiłem z tą informacją i wiem, że czego bym nie zrobił, losu ani czasu nie zmienię, choćbym niesamowicie tego pragnął.
Teraz, mimo że już dawno po wszystkim, próbuję okazać wsparcie Cass, dlatego też zostanę dziś u niej na noc, a w tym momencie... chce mi coś pokazać. Gdy zobaczyłem, że ominęła swoją sypialnię, zmarszczyłem brwi, trochę zwalniając, a ona zaraz pociągnęła mnie za rękę i szła w głąb korytarza. Szybko pojąłem, że prowadzi mnie na drugie piętro penthouse'a, to mniej przez nią używane, gdy za ścianą na końcu przedpokoju zobaczyłem schody. Kurde, ja nawet nigdy tam nie byłem, a bywam tu tak często, jakby to był mój drugi dom.
Chwilę potem byliśmy już na górze i zobaczyłem olbrzymią przestrzeń, która zapewne miała służyć za szeroki przedpokój, choć z sofą, fotelami i niedużym stolikiem bardziej przypominała drugi salon. Połowa jednej ściany była cała przeszklona, skąd można było zobaczyć równie zapierający dech widok, co z mojego biura w firmie. Po przeciwnej i po prostopadłej ścianie były drzwi, które zapewne prowadziły do pokoi gościnnych , o których już kiedyś opowiadała mi Cassandra.
- Jeśli chcesz, to potem mogę cię oprowadzić po tym piętrze – zaproponowała, zerkając na mnie, gdy spoglądałem na widok za oknem, przedstawiający Londyn wieczorem.
- Pewnie. - Uśmiechnąłem się w jej kierunku.
- Trochę głupio, że nie zrobiłam tego wcześniej, co? - Cicho się zaśmiała.
- Ale tylko trochę. - Również się zaśmiałem.
Pociągnęła mnie ponownie za rękę i wprowadziła do jakiegoś pokoju. Nie wyglądał na gościnny, bardziej przypominał jakiś składzik, magazyn, ale nie jak z tych wszystkich filmów, bo było okno na przeciw. Wszędzie stały tekturowe pudła, prawdopodobnie wypełnione po brzegi, grube segregatory i teczki, a oprócz tego, komoda i tylko szeroka, długa pufa, mogąca pomieścić może trzy, góra cztery osoby, i właśnie w jej stronę prowadziła mnie Cassandra, więc zaraz na niej usiadłem. Sama podeszła do jednego z dużych pudeł i wyjęła z niego prawdopodobnie album ze zdjęciami, z którym usiadła tuż obok mnie.
- Chciałam pokazać ci, jak wyglądali Chloe i mój tata – wyjaśniła, gdy otworzyła album, a moim oczom ukazało się pełno niedużych, kolorowych fotografii. - To Chloe, niedługo przed śmiercią. - Podsunęła grubą księgę na moje kolana i wskazała na osobę na środku zdjęcia. Zobaczyłem dziewczynę z blond włosami, sięgającymi jej trochę za ramiona, o szerokim uśmiechu i roześmianej twarzy, wyglądała na przyjazną. Obok niej stała inna blondynka, którą najprawdopodobniej była Kelly, a po jej drugiej stronie szatynka i już po tym pięknym uśmiechu wiedziałem, że była nią Cassandra.
- Ile się znałyście? - zapytałem.
- Niemal całe życie – westchnęła. - Tak jak ty i Cindy – dodała i od razu spojrzałem na nią podejrzliwie.
- Skąd wiesz, ile znam Cindy? Wydaje mi się, że nigdy ci o tym nie mówiłem.
- Ale ona mówiła. - Uśmiechnęła się blado i zwiesiła wzrok z powrotem na kartki.
Przekręciła kilka stron i wskazała kolejne zdjęcia. Na każdym z nich widziałem wysokiego mężczyznę, o ciemnych włosach i oczach. Na kilku z nich był w mundurze wojskowym i od razu domyśliłem się, kim był. Na niektórych fotografiach widziałem też mamę Cass, ją samą oraz chłopaka i niemowlę, którzy byli zapewne Jakiem i Maddie.
- Twój tata? - upewniłem się, a ona przytaknęła i oparła głowę o moje ramię. Gdy przyglądałem się bliżej zdjęciom, dostrzegłem, że na kartki albumu coś kapnęło. Podniosłem głowę i Cass automatycznie zrobiła to samo, za chwilę nieśmiało na mnie spoglądając, więc zobaczyłem, że po jej policzkach spływają pojedyncze łzy. Uniosłem dłoń, by je otrzeć, a kiedy już to zrobiłem, złapała za moją rękę.
- Nie chcę już płakać, nie znowu. - Pokręciła głową, pociągając przy tym nosem.
- Bardzo ci go brakuje, prawda?
- Zostałam na wpół sierotą, kiedy byłam nastolatką. Co mam powiedzieć? Tęsknię okropnie. Jake'owi zabrakło mężczyzny, którego w tamtym czasie potrzebował przy wielu sprawach, ja nie byłam w stanie go zastąpić. Niekiedy pojawia się też myśl, że i mojej mamy może w bliskiej przyszłości zabraknąć i... rozwala mnie to po prostu od środka. Nie tak miało być. To on powinien być przy mnie, gdy się bałam, dawać mi bezpieczeństwo, odganiać ode mnie chłopaków, uczyć mnie jeździć autem... To on miał mnie prowadzić do ołtarza...
- Chciałabyś wziąć kiedyś ślub? - wtrąciłem się, a moje serce, nie wiedzieć, dlaczego zabiło szybciej.
- A jaka dziewczyna o tym nie marzy? Ślub, dziecko, pełna rodzina, domek gdzieś z dala od tego szumu miasta... Tylko że to nie jest tak łatwe, jak niektórzy tego chcą... Nieważne – ucięła, machając głową na boki i westchnęła.
W dalszym ciągu pokazywała mi zdjęcia i mówiła, kiedy i gdzie każde z nich zostało zrobione. Słuchając, jak opowiada, widziałem jej wyraz twarzy i ten uśmiech, z jakim wspominała poszczególne chwile swojego życia spędzone z rodziną. O każdym zdjęciu mówiła z tak samo wielkim entuzjazmem. Widziałem, jak ważny był dla niej temat rodziny i aż żałowałem, że nie mogłem przywrócić jej tych czasów i osób, za którymi tak bardzo tęskniła. Pragnąłem dać jej to szczęście, którego jej zabrakło, którego pragnęła i na które w pełni zasługiwała.
Po ponad pół godzinie, może więcej, zdjęcia w albumie się skończyły. Gdy zamknąłem go, zabrała ode mnie tą księgę i przytuliła do swojej piersi, przez chwilę wpatrując się w okno. Jednak po chwili wstała i odłożyła album na poprzednie miejsce, i wzięła z komody do rąk białe pudełko, z którym również podeszła do mnie. Położyła je na moich kolanach i przysiadła obok. Dostrzegłem, że jej ręce się trzęsą, nie wiedziałem dlaczego. A potem, kiedy spojrzałem na pudełko podpisane: 'moje maleństwo' z dorysowanym sercem, zrozumiałem. Otworzyłem pokrywę, a moim oczom ukazał się test ciążowy, zdjęcie USG i plik kartek, a nawet... jedna fotografia przedstawiająca Cass z lekko wypukłym brzuchem. Po podpisie wiedziałem, że to był drugi miesiąc. Wziąłem do rąk test ciążowy, wciąż tkwił na nim pozytywny wynik. Zamknąłem oczy i wziąłem do rąk kartki, opatrzone danymi Cassandry. Z treści dowiedziałem się, że były to wyniki badać potwierdzające ciążę. Potem chwyciłem zdjęcie Cassandry i przyjrzałem mu się dłuższą chwilę. Na koniec zostawiłem zdjęcie USG, które wziąłem do rąk, nieświadomy tego, że drżą bardziej niż wcześniej, a mój oddech i bicie serca znacznie przyspieszyło.
- Zrobiłam tamto zdjęcie w tym samym dniu, w którym jechałam do ciebie – odezwała się cicho, a ja odwróciłem do niej wzrok. - Wtedy postanowiłam, że będę robić takie zdjęcia co jakiś czas, aż do końca ciąży, by mieć wspomnienia z tego okresu, ale...
- Jeszcze będziesz je miała – zapewniłem ją, przerywając jej.
Smutno się uśmiechnęła i przeniosła wzrok na wydruk USG, na którym wskazała mi niewielką plamkę. W jej brzuchu była z pewnością wielkości truskawki. Nigdy nie potrafiłem czytać takich badać, ale tu bez objaśniania wiedziałem, że to było nasze dzieciątko, co szatynka sama mi za chwilę potwierdziła. I ogarnęło mnie dziwne poczucie ojcostwa, poczułem, że mógłbym to zrobić. Ale zdałem sobie też sprawę z tego, że było to pewnie tymczasowe uczucie. Nie byłem pewny w 100%, czy rzeczywiście byłbym gotowy teraz na dziecko, ale... żyjemy chwilą. A w tej chwili... Ja sam nie wiem, czego chcę. Wiem, co mówiłem jakiś czas temu, że nie chcę dziecka, ale jakby się zdarzyło... chyba zaakceptowałbym to, tak myślę, ale... To chyba za wcześnie, jesteśmy młodzi.
- Doceniam to, że mi o tym wszystkim powiedziałaś. Naprawdę dużo to dla mnie znaczy – odezwałem się cicho po kilku minutach.
- Zasługiwałeś na to, żeby w końcu się dowiedzieć.
- Ja... też powinienem powiedzieć ci, co skrywam, ale... Zrozum, nie jestem jeszcze gotowy. Nie wiem, jak ubrać to wszystko w słowa i ci o tym powiedzieć. Nie potrafię cię nawet przygotować na to, co możesz ode mnie usłyszeć. Chciałbym, żebyś już wiedziała, ale to tak cholernie dla mnie trudne, to...
- Wiem – przerwała mi i złapała mnie za rękę. - Jeszcze poczekam. Poczekam, bo wiem, jak trudne było dla mnie powiedzenie ci tego wszystkiego. Poczekam – powtórzyła, a ja w podzięce posłałem jej słaby uśmiech.
Przybliżyłem ją do siebie i skryłem w swoich ramionach, całując ją w skroń. W tej chwili oboje rozumieliśmy się bez słów.
- Napijemy się może jakiegoś wina? Dawno nie piłam – usłyszałem jej szept i cicho parsknąłem śmiechem.
- Pewnie, z miłą chęcią. To w zamian za tą naszą nieudaną randkę?
- Była nieudana tylko w połowie. - Zaśmiała się. - Ale wino może być świetną poprawą tego, a potem... może coś jeszcze – powiedziała tajemniczo.
- Ach, tak? W takim razie nie mogę się doczekać aż wypijemy to wino, a ty aż tak bardzo się nim nie upijesz. - Zetknąłem nasze nosy razem, a ona cicho zaczęła mruczeć.
- W takim razie nie możemy za dużo wypić. - Cmoknęła mnie w usta.
- A co z twoją nogą? - Położyłem dłoń na jej udzie.
- Cóż... będziesz musiał uważać. - Zachichotała uroczo. - Chodźmy. - Wstała z pufy i chwyciła pudełko. Pocałowała dwa palce swojej dłoni – wskazujący i środkowy, a potem dotknęła nimi wieka pudełka.
- Do zobaczenia, aniołku – usłyszałem, jak cichutko mówi i moje serce rozpadło się na tysiące drobnych kawałeczków.
Nie wyobrażam sobie, jak bardzo cierpiała i jaka to była trauma dla niej, bo dla mnie to jest strasznie bolesne i moje serce krwawi, nawet, jeśli dopiero się dowiedziałem. To nasze dziecko i nic nie zmieni tego, jak i ile będziemy to przeżywać.
Cass odstawiła pudełko na pierwotne miejsce, odwróciła się i złapała mnie za dłoń, by wyjść z pokoju, ale ja szybko wziąłem ją na ręce, co spowodowało, że natychmiast głośno pisnęła.
- Co ty robisz, Louis?
- Nie widać? Wziąłem cię na ręce. Nie będziesz męczyć nogi, by jeszcze uszkodzić ją gorzej niż jest teraz – odpowiedziałem, wychodząc z pokoju.
- Przeszłabym kilka metrów, nie umarłabym – westchnęła. - Postaw mnie.
- Nie – uparłem się przy swoim.
- Postaw mnie, Louis – powtórzyła głośniej.
- Nie, odstawię cię dopiero na dole.
- Ale nie idziemy na dół, tutaj mam wino.
- To dlaczego wcześniej nie powiedziałaś? - Zmarszczyłem brwi, odstawiając ją na podłogę.
- Mówiłam, żebyś mnie odstawił, głupku. - Uśmiechnęła się i kulejąc podeszła do barku, którego wcześniej tu nie zauważyłem.
- Nie musisz mi powtarzać tego, że jestem głupi – odparłem, siadając na miękkiej czerwonej sofie na przeciw ogromnego okna, które ukazywało pięknie oświetlony Londyn nocą.
- Oj, wiesz, że lubię się z tobą droczyć. Nie obrażaj się. - Wróciła do mnie i postawiła na stoliku obok dwa kieliszki i butelkę wina. - Wzięłam czerwone – dodała, siadając, a ja przytaknąłem.
- Wspominałaś coś wcześniej o jakiejś propozycji. O co więc chodzi? - zapytałem, nalewając do obu kieliszków ciemnego trunku. Jeden z nich podałem zaraz Cass, która od razu upiła łyk.
- Przyjemna propozycja.
- Ale jaka?
- No, to pozwól mi powiedzieć jaka.
- Za bardzo jesteś tajemnicza, a ja ciekawy. Mów – ponagliłem ją.
- Jesteś taki niecierpliwy. - Zmrużyła oczy. - Chodzi o wakacje. Może nie tyle co wakacje, a wyjazd na kilka dni do ciepłych krajów. Chcę zabrać gdzieś Maddie i Jake'a jeszcze przed świętami. Długo z nimi nigdzie nie byłam i wiem też, że brakuje im mnie przez moją pracę, więc takie wakacje przydadzą się nam wszystkim.
- No, dobrze, ale... jak ja mam się do tego?
- Chcę, żebyś poleciał z nami.
- Co? - Szerzej otworzyłem oczy ze zdumienia.
- Wybaczę ci w pełni, jeśli zgodzisz się i z nami polecisz. Chcę zobaczyć, że zależy ci na mnie. Jeśli tak jest – polecisz z nami.
- Cass...
- Dam ci ostatnią szansę. Pokaż mi, ile dla ciebie znaczę. I zmieńmy coś w naszym związku, wybierzmy się gdzieś w końcu razem. Nie widzisz tej codziennej rutyny? Nie licząc gangu, jesteśmy jak jakieś stare małżeństwo, które chodzi tylko do pracy i siedzi w domu, rzadko gdzieś razem wychodzimy. Nie chcę takiego życia w ciągłej rutynie.
- Jesteś tego pewna? Jesteś pewna, że powinienem z wami lecieć? Nie jesteśmy ze sobą za długo. Naprawdę wystarczająco mi ufasz, żeby lecieć ze mną na wakacje?
- Nie znam cię od wczoraj. Chyba jeszcze pamiętasz, jak trzy lata temu bawiliśmy się w klubach w Stanach? Sama ci zresztą dziś o tym przypomniałam. Ufam ci, a to będzie próba dla naszego związku. Pokaż mi, jaki naprawdę jesteś, będziemy z moją rodziną. Chcę, żebyś był tam prawdziwy, był sobą, inaczej to wszystko nie ma sensu.
- Nie wiem, czy...
- Louis – przerwała mi. - Zależy ci na mnie?
- Wiesz, że zależy. Jak możesz myśleć inaczej?
- W takim razie, załatwione. Lecisz z nami na wakacje. - Pocałowała mnie w usta.
- No, dobrze. Lecę, nie mam wyboru.

***

- Idziesz? - zapytałem Cass, kładąc się na jej łóżku.
Stała w ciemności przy oknie, jedynie w za dużej białej bluzce. Wyglądała przez szybę, a jedyne światło w sypialni dawały lampy migające na zewnątrz.
- No, chodź. Co tak stoisz tam? - Włożyłem rękę za głowę i patrzyłem na jej sylwetkę, odwróconą do mnie tyłem. Minęła chwila ciszy nim w ogóle się odezwała.
- Od tej chwili nie będę tak uczuciowa, wrażliwa i emocjonalna jak przez ostatnie miesiące się stałam. Powiedziałam ci prawdę, wyrzuciłam z siebie wszystko, wypłakałam się chyba w całości – szeptała, a ja zmarszczyłem brwi. Chciałem coś powiedzieć ale ona mówiła dalej. - Płakałam przez tyle czasu, zmieniłam się. Teraz pora, by stara Cassandra wróciła, by była twardsza psychicznie.
- Co masz na myśli? Chcesz być taka jak trzy lata temu?
- Może. Tak chyba byłoby najlepiej. Mam dość, że cały czas płaczę. Trzy lata temu byłam przynajmniej chłodniejsza. Pół życia mnie zniszczyło. Zmienię się, Louis, zobaczysz – powiedziała pewna siebie. - Będę znów siedziała w tej kryminalistyce, tak samo jak kiedyś i tak samo chcę być groźna. Do tego jest tylko krok. A jeśli się rozpłaczę, to pamiętaj, że ja też jestem człowiekiem i mam uczucia.
- Nikt nie każe ci się zmieniać.
- Ale ja czuję, że muszę być bardziej taka jak kiedyś. Nie zrozumiesz mnie. Tylko pamiętaj, jeżeli będę płakać, to już nie z błahego powodu, nie dlatego, że zmiękłam. Nie chcę już. Zaakceptujesz 'nową, starą' mnie? - Odwróciła się w moją stronę, a ja usiadłem i wzruszyłem ramionami.
- Nie mam pojęcia, jak będziesz się zachowywać. Kocham to, jaka jesteś teraz i nie chcę, byś za bardzo się zmieniała. Może będę musiał tylko się z tym oswoić, ale... nikt ci się nie każe zmieniać, Cass.
- Wiem. Obiecaj mi tylko, że będziesz kochał mnie tak samo. - Podeszła bliżej i usiadła na mnie okrakiem. Oplotła ręce wokół mojej szyi i spojrzała w oczy.
- Nie odkocham się. Jeśli ty diametralnie nie zmienisz swojego charakteru. Podobałaś mi się taka, jaka byłaś w Nowym Jorku, ale teraz podobasz mi się bardziej.
- Nie zmienię się w całości. Będę tylko mniej płakać i będę bardziej profesjonalnym kryminalistą niż jestem aktualnie, zaniedbuję gang. Nie zamierzam zmieniać charakteru, nie dla ciebie, ewentualnie wprowadzić malutkie poprawki. Chcę, żebyśmy tworzyli dopasowaną, energiczną parę. Ty i ja. Odtwórz tylko w pamięci, jak świetnie bawiliśmy się w Stanach trzy lata temu. Chcę, żeby było podobnie, ale rozsądniej. I może bez tych wszystkich imprez non stop. A może z czasem znów zmienię się na delikatniejszą, wrażliwszą i bardziej miękką? Zobaczymy, jak nam jest lepiej. Może to przyjedzie naturalnie? Ty tylko mów mi, czy taka ci się podobam, mów, czego nie akceptujesz. Chcę żyć tak, żeby było dobrze nie tylko mi, ale i bardziej innym. Nie mogę cały czas być beksą. Nie będę silniejsza, ale może zdołam chociaż ukryć to, jak słaba jestem.
- Żartujesz? Tyle przeżyłaś... Jesteś jedną z silniejszych osób, które znam.
- Nie jestem – prychnęła i odwróciła wzrok. - Chcę się zmienić, ale ciekawe, czy dam radę. Znając mnie, nie uda mi się to pewnie.
- Nie musisz się zmieniać, Cass – powtórzyłem już któryś raz i położyłem swoje dłonie na jej.
- Naprawdę wolisz mnie taką jak teraz? - Zagryzła dolną wargę.
- Naprawdę. - Cmoknąłem ją w usta.
- Ale może choć taka tycia zmiana? Chociaż bardziej zainteresuję się gangiem i w jego kwestii będę groźniejsza? - zaproponowała.
- Jeśli rzeczywiście chcesz, niech tak będzie, ale ja niczego na tobie nie wymuszam.
- Wiem o tym. Spróbuję też mniej się z tobą kłócić, co?
- Och, w tym to oboje musimy coś zmienić. - Zaśmiałem się. - Coś może na oficjalne pogodzenie się? - zaproponowałem, zaczynając ją całować po szyi, a ona cicho mruczała.
- Potrafisz mnie przekonać, Tomlinson. - Podrapała mnie lekko po plecach.

***

*Cassandra*

Upiłam ostatni łyk kawy i wyjęłam z szafki pudełko z plastrami nikotynowymi. Wyjęłam jeden, a opakowanie schowałam na poprzednie miejsce. W tym samym momencie do kuchni wszedł Louis. Miło jest zasypiać przy nim i budzić się przy nim, i w dodatku u siebie w domu, po wspaniałej nocy i lekkim upojeniu winem.
- Gotowa? - zapytał, po czym sam odstawił swój kubek do zlewu.
- Yhm, jeszcze tylko chwila. - Uśmiechnęłam się lekko.
Odsunęłam zamek spodni i na kilka centymetrów zsunęłam spodnie po prawej stronie. Na nagą skórę na biodrze przykleiłam plaster i zaraz poprawiłam spodnie. Miałam przyklejać za każdym razem w innym miejscu, to to robię. Wolę to niż miałabym brać jakieś zastrzyki. Wszystko, byle nie igły. W ogóle zeszły mi już całkowicie siniaki po tym wypadku i wróciłam do poprzedniego stanu, więc nie wyglądam już jakby mnie pobito. I taka kolorowa skóra, pełna siniaków, za piękna też dla mnie nie była. Dla mnie osobiście, wyglądałam strasznie. Louis nic nie mówił, ale pewnie też zauważył, w jakim jestem stanie.
- Dalej tak cię ciągnie do papierosów? - zapytał, kiedy podniosłam głowę
- Odkąd kupiłeś mi te plastry, nie zapaliłam jeszcze żadnego – przyznałam z dumą, a on szeroko się uśmiechnął. - Chyba to działa.
- Mamy mały sukces. - Objął mnie w pasie.
- Mamy mały sukces – powtórzyłam po nim. - Nie chcę już palić, to musi mi pomóc. Inaczej moje płuca szybko szlag trafi przy astmie.
- Pomoże, na pewno. Jeszcze tylko kilka tygodni poprzyklejasz te plastry i koniec. Już i tak nie palisz, więc widać, że to pomaga.
- Bez ciebie by się nie udało.
- Oj, udałoby się, udało. - Zmrużył jedno oko.
 - Jasne. - Cmoknęłam go w usta. - Idziemy? - Sięgnęłam po torebkę i założyłam dłuższy szary sweter, a on przytaknął.
Szłam do wyjścia, kuśtykając, a on wspomagał mnie, przytrzymując, by trochę łatwiej było mi iść. Przy drzwiach chwyciłam klucze i wyszliśmy z mojego mieszkania.
Miałam nie ruszać się z domu przez weekend, ale do lekarza przecież się nie przeleportuję. Muszę pójść na USG, żeby sprawdzili mi w jakim dokładnie stanie jest to moje wiązadło. To, że jest zerwane to wiadomo, ale jak bardzo to już nie. Poza tym, musimy jeszcze pojechać do apteki po maści, żeby jakoś tą nogę wyleczyć, i przeciwbólowe, abym nie umarła z bólu. Do tej pory wytrzymywałam dlatego, że je brałam, ale zaraz się skończą. No i przecież ja, jak zwykle mam już prawie pustą lodówkę, więc po drodze musimy też zrobić mi jakieś zaopatrzenie. Jak lekarz dowie się, że tyle łażę, to chyba mnie przywiąże do kaloryfera. Dobrze, że do tego szpitala przynajmniej na piechotę nie idę, bo nie wiem, w jakim stanie byłaby wtedy ta kostka. I jakby Louis wczoraj także do mnie nie przyjechał, to też nie wiem, jakbym się tam dostała. Musiałabym po kogoś dzwonić albo taszczyć się autobusem, albo metrem.
Zakluczyłam drzwi i odeszliśmy spod mojego penthouse'a. Szatyn złapał mnie za rękę i powoli szliśmy. Kiedy ja już szłam do schodów, on zatrzymał się przed windą.
- No, chodź – ponagliłam go, a on zmarszczył brwi.
- Nie, to ty chodź. Raczej nie będziesz schodzić z tą kostką schodami.
- Gdybym nie musiała, to bym nie schodziła. Nawet nie wiesz, jak ubolewam nad tym faktem, że zmuszona jestem iść schodami.
- Winda się zepsuła?
- Niestety. Jutro dopiero zaczną naprawę, więc do tego czasu muszę zejść jakoś z ostatniego piętra. - Zaczęłam iść w kierunku schodów. - Gdybym nie miała stabilizatora byłoby o wiele wygodniej, ale...
- Oj, nie mamrocz – przerwał mi i zaraz pisnęłam, bo uniosłam się nad ziemię. Wziął mnie na ręce, a ja w szoku otworzyłam szerzej oczy.
- Czy ty musisz mnie tak straszyć? Mogłeś mnie ostrzec czy coś.
- Nie będziesz szła schodami taki kawał ze skręconą kostką.
- Co nie znaczy, że musiałeś wziąć mnie tak z zaskoczenia.
- Inaczej byś mi nie pozwoliła, a dobrze byłoby, gdybyś dotarła do tego szpitala w kawałku.
- Nie, powiem im, że usiłowałeś mnie poćwiartować – zakpiłam z niego.
- Jakaś ty głupia. - Popatrzył na mnie ze zmrużonymi oczami.
- Kochasz mnie – odparłam pewnie z tą samą miną co on.
- Dobre masz informacje.

***

Wróciłam do domu ledwo żywa. Dosłownie. Nie dość, że kostka mi już odpada, to jest mi zimno, słabo, niedobrze, a brzuch mnie tak napieprza, że płakać mi się chce. Albo zemdleję, albo się porzygam. Gdy poszłam do łazienki potwierdziły się moje podejrzenia i teraz wiem, że przez cały dzień będę płakać i już wolałabym, żeby dzisiaj się skończyło.
Odstawiłam buty do szafy, a sweter rzuciłam gdzieś na krzesło. Nawet nie bardzo interesowało mnie, gdzie poleci i czy rzeczywiście wylądował na tym krześle. Opadłam na łóżko, zwijając się z bólu i nawet nie miałam siły, by się przykryć. Jedynie zwinęłam się w kłębek i leżałam tak bez ruchu, dopóki nie pojawił się Louis.
- Wypakowałem ci wszystkie zakupy – usłyszałam gdzieś obok.
- Yhm... - jęknęłam. - Przykryj mnie – dosłownie wybłagałam.
- Tak źle się czujesz? - zapytał, a ja dostrzegłam, jak krząta się obok szafy.
- Umieram...
Za chwilę poczułam na sobie ciepły materiał i się w niego wtuliłam.
- Co się dzieje? - Usiadł obok i odgarnął włosy z mojej twarzy, a ja głęboko zaczęłam oddychać, mając nikłą nadzieję, że ból trochę mi przejdzie.
- Okres się dzieje – wyjęczałam, bardziej się zwijając. - Dopiero mi się zaczął, więc już mogę pójść się zabić, bo nie wiem, jak przeżyję.
- Przeżyjesz, mam nadzieję.
- Za bardzo nad tym nie rozpaczasz. Wiesz, że to znaczy, że nie tkniesz mnie w tym czasie, prawda? - upewniłam się, a on kiwnął głową. - I możesz nawet ze mną nie wytrzymać, jak tak będę ci jęczeć.
- Jakoś dam radę. Rozumiem, że nie jesteś sobą podczas okresu.
- I wiesz o tym, że to nie są tylko trzy dni? - zapytałam podejrzliwie.
- Tak, wiem o tym, Cass. Nie musisz mnie o tym uświadamiać.
- Skąd wiesz o tym wszystkim? - zmrużyłam oczy.
- Teraz mówisz tak, jakbym był jakiś głupi. Nie jesteś moją pierwszą dziewczyną i mam też młodszą siostrę. Jestem obeznany z tematem.
- Wow – powiedziałam z podziwem. - Niewiele facetów wie o tym, jak to wszystko wygląda i w ogóle. Większość raczej uważa, że to nic takiego i nie biorą tego na poważnie.
- Czyli masz uświadomionego faceta.
- Mam – westchnęłam, a zaraz ponownie jęknęłam z bólu. - Umrę...
- Bądźmy dobrej myśli, że jednak nie umrzesz – odparł i wstał z łóżka.
Myślałam, że gdzieś idzie, ale zaraz poczułam, jak ułożył się za mną. Przytulił mnie mocno od tyłu i wsunął ręce pod moja koszulkę, a potem ułożył ją niżej – na podbrzusze, pod moimi jeansami, gdzie tak bardzo mnie bolało. Ciepło jego dłoni rozpłynęło się po mojej skórze, jakbym przyłożyła do siebie gorący termos.
- C-co robisz? - zapytałam, odrobinę zaskoczona.
- Próbuję ci ulżyć – wyszeptał przy moim uchu. - Mojej siostrze zawsze to pomagało... mojej ostatnie dziewczynie też – dodał ciszej.
- I wiesz, gdzie dokładnie mnie boli – szepnęłam.
- Mówiłem, że znam temat, mimo, że jestem facetem.
- Reszta mężczyzn powinna brać z ciebie przykład.
- Zamierzasz być z innym mężczyzną niż ja? - Pocałował mnie w płatek ucha.
- Na obecną chwilę nie. - Lekko się zaśmiałam, czując, jak powoli ból znika. To naprawdę zadziwiające.
- Wiesz co? Może i trochę żałuję, że przez jakiś tydzień nie będę mógł cię tknąć, ale... no, takie jest życie.
- Wolałbyś, żebym urodziła się mężczyzną? Ciesz się, że nie jestem w ciąży.
- Boże, nie. - Poczułam, jak wtula twarz w zagłębienie mojej szyi.
- Wczoraj tak rozpaczałeś nad naszym dzieckiem – powiedziałam urażona.
- Cass... tak, bo to wielka strata, to było też moje dziecko. Gdyby żyło, zaakceptowałbym je, ale teraz... Cass, ja chyba nie jestem jeszcze w pełni gotowy, by być ojcem, jeszcze chyba jest za wcześnie. Poza tym, tu też chodzi o to, że oboje na razie mamy firmy na głowie, a... póki Jones żyje, to jest niebezpiecznie i... Cass, jeszcze krótko jesteśmy razem. Kiedyś przyjdzie na to czas, tak myślę, ale... jeśli by się stało... Jakoś bym sobie poradził z tą myślą, chyba – odpowiedział niepewnie, a ja odwróciłam głowę i spojrzałam na niego. Wyglądał na zasmuconego, ale tak naprawdę.
- Czyli, jeśli byśmy wpadli...
- Cass, ja nie mówię nie – wtrącił niemal natychmiast. - Ja tylko na razie boję się, że nie podołam, że jest za wcześnie i za niebezpiecznie. To na razie nie czas, na pewno nie przez najbliższy rok i... tak jak mówiłem, jesteśmy ze sobą niewiele ponad miesiąc.
- Masz rację. - Odetchnęłam głęboko. - Nie tylko ty się boisz. - Z powrotem odwróciłam głowę i zamknęłam oczy.
- Przestało trochę boleć? - wyszeptał w moją szyję po kilku chwilach, a ja kiwnęłam głową.
- Ale nie zabieraj ręki. - Szybko położyłam swoją dłoń na jego.
- Nie zabieram. - Musnął mnie w szyję – Nie zabieram – powtórzył ciszej. - Wiesz co? - zaraz znów się odezwał. - Podziwiam was wszystkie?
- Nas, czyli?
- Kobiety. Jesteście tak silne, tyle wytrzymujecie i jeszcze pół życia zmagacie się z tym bólem. Nie potrafię nawet wyobrazić sobie, jak to boli i gdyby to faceci mieli okres, to pewnie już szlag jasny by mnie trafił – mówił powoli, a mi łzy napłynęły do oczu i ponownie odwróciłam do niego głowę.
- Gdy poroniłam, ból był jeszcze gorszy – odpowiedziałam przez łzy. Zamknęłam oczy, chcąc się uspokoić, ale one spłynęły mi po policzkach.
- Nigdy nie wybaczę sobie, że wtedy wyjechałem i o niczym nie wiedziałem, a ty musiałaś tyle przecierpieć – usłyszałam i w momencie wybuchłam płaczem.
Louis próbował mnie uspokoić, ale ja miałam w głowie tylko myśl o naszym dziecku. A miałam już przecież nie płakać. Nie wytrzymałam.

***


22 września 2019

ROZDZIAŁ 32. 'OSTATNI JUŻ RAZ SPRAWIŁEM, ŻE JEJ OCZY PŁACZĄ'


*Cassandra*

Po odczekaniu może minuty, nareszcie ktoś się ruszył i otworzył mi bramę. Ewidentnie, powinnam już dostać własny pilot do niej, bo jestem tu tak często, że czasem to jakbym nawet mieszkała w tym domu. Przyjeżdżam 2-3 razy w tygodniu na treningi z Niallem, tak jak dziś, do tego dochodzą rozmowy z gangiem i przygotowania do akcji oraz spotkania z moim chłopakiem, które zapełniają mi ostatnie wolne momenty, ale przez to jeszcze bardziej doceniam chwile z nim spędzone. Mamy teraz trochę mniej czasu na spotykanie się ze sobą, ponieważ ja wyzdrowiałam i na razie poświęcam więcej uwagi swojej firmie i Louis też tworzy jakiś nowy projekt, dlatego nie możemy widzieć się na razie tak często jak to było jeszcze niedawno. Ale spędziliśmy ze sobą cały weekend, włącznie z nocami, i też kilka dni przed tym weekendem, kiedy byłam chora, więc aż tak bardzo nie czuję tego niedosytu jego nieobecności, choć to wcale nie znaczy, że się nim znudziłam, absolutnie nie. Ale nam obojgu przyda się chwila oddechu od siebie, żeby nie zmęczyć się sobą wzajemnie, swoim towarzystwem. Gdy będziemy ze sobą non stop na takim etapie związku, jakbyśmy już byli małżeństwem, to jest duże ryzyko, że nie wytrzymamy ze sobą aż tyle czasu i każde będzie miało siebie dość. Poza tym i ja, i on, mamy własne rodziny, obowiązki i sprawy, którym też musimy się poświęcić. Nie wykluczam oczywiście tego, żeby kiedyś z nim zamieszkać, a w ostateczności nawet wyjść za niego, przez co naprawdę nie mielibyśmy od siebie w sumie dużo wytchnienia, ale nie na tym etapie związku. Teraz potrzeba raz na jakiś czas takiego jednego, dwóch dni wolnych od siebie, spędzonych oddzielnie, żebyśmy przypadkiem oboje za bardzo nie zwariowali. Kiedy są takie dnie, podczas których w ogóle się nie widzimy, wystarczy nawet jeden telefon, nie musimy być obok siebie. Czasem jednak nie ma zbyt długiej rozmowy, czasem dosłownie kilka minut, by powiedzieć sobie: 'Kocham cię', bo albo ja, albo on jesteśmy tak wymęczeni pracą, że nie ma nawet sił na rozmowę i jak ja dobrze to rozumiem, tak mój chłopak także.
Mówienie: 'Kocham cię'... tak, mówimy to sobie już od jakiegoś czasu i to nie są słowa rzucane na wiatr, przynajmniej nie z mojej strony. Dla mnie oznaczają one prawdziwe uczucie i nie mam wielkich oporów, by je wypowiedzieć, bo zdaję sobie sprawę, że on na pewno chciałby usłyszeć je ode mnie, tak jak ja od niego. Kocham go, szczerze i tu za wiele nie trzeba tłumaczyć. To mój czas w życiu, gdy doświadczam prawdziwej miłości i zamierzam wykorzystać go jak najlepiej. Czy jednak jestem już gotowa na coś więcej niż 'chłopak-dziewczyna', mając tyle lat i takie doświadczenie życiowe i towarzyskie? Tego jeszcze nie wiem. Ale wierzę, że gdy padnie ewentualne pytanie, będę wiedzieć. Tak lub nie. Na razie... niech wszystko dzieje się naturalnie, w swoim tempie, niczego na siłę nie wolno przyspieszać. A ja... na ten moment jestem szczęśliwa i jedynie ta chwila się liczy. Najgorszy jest tylko ten strach i obawa przed tym, co może przynieść przyszłość. Niczego nie da się przewidzieć, a ja czasem z niepokojem myślę o nadchodzących dniach, bo życie w ogóle mnie nie oszczędziło...
Gdy zatrzymałam się pod rezydencją, zabrałam z siedzenia obok torbę z rzeczami na przebranie po treningu i wysiadłam z auta, które zaraz zamknęłam. Dziś wyjątkowo przyjechałam już w sportowych ubraniach, więc nie muszę marnować czasu na ich zmianę. Od razu z firmy miałam tu przyjechać, ale przecież nie zabrałam nic na trening, więc musiałam i tak zajrzeć do domu i przy okazji przebrałam się w wygodne legginsy, adidasy i bluzkę z krótkim rękawem. Po dzisiejszym dniu mam już serdecznie dość szpilek. Dziś pogodny dzień, jak na 11 listopada, więc nie brałam nawet grubej bluzy, tylko jedną z tych obcisłych, sportowych. Na siłowni w środku nie będzie mi tak zimno, chyba że Niall wywlecze mnie gdzieś z domu na bieganie, to chyba się po prostu zabiję. Po moim ostatnim takim bieganiu, wierzę, że już nikt mnie na to nie wyciągnie, nigdy więcej.
Podeszłam pod drzwi i bez pukania weszłam do rezydencji. Normalnie czuję już się jak u siebie. Ale wiedzą przecież, że miałam być i nawet już jestem, więc zaskoczyć ich nie zaskoczyłam, spodziewano się mnie. Po co więc mi pukać? No, gdybym była u mniej znajomych i bliskich mi ludzi, to raczej bym zapukała albo zadzwoniła dzwonkiem, ale tu nie odczuwam za dużego obowiązku, by to robić. Przyjechałam w końcu do swojego gangu, tak? Poza tym, zanim ktoś w tym wielkim domu usłyszałby, że pukam, to sama już bym weszła, z tą bramą przecież minęło trochę czasu. Tak więc, po co mi tu pukać?
Przechodząc przez dom, przywitała mnie zadziwiająca cisza. Do moich uszu dochodził jedynie szum przewracanych kartek. Czyżby prawie nikogo nie było w domu? Wszyscy w pracy? Jak na budynek pełen facetów, to naprawdę bardzo często jest u nich przyjemna cisza, nikt sobie nie przeszkadza.
Znalazłam się w salonie, gdzie przy oknie dostrzegłam ubranego ubranego w garnitur Louisa, który sprawdzał coś na swoim telefonie, a w dłoni trzymał plik kartek. Zaraz jednak spojrzał w moją stronę, prawdopodobnie dowiadując się o mojej obecności.
- Hej, kochanie – przywitał się z uśmiechem i za chwilę stał obok mnie, żeby pocałować mnie w policzek.
- Dzień dobry, panie biznesmenie – wymruczałam, patrząc mu w oczy i próbując się przy okazji nie roześmiać. - Widzę, że jeszcze pracujesz. Pociągnęłam go za krawat, chytrze się uśmiechając.
- Nic pilnego, ale jak widzisz, nie zdążyłem się nawet przebrać. Dziś trening? - zapytał, przyjmując tak skupioną minę, że widziałam, jak jego kości policzkowe się zaostrzają, chyba mógłby teraz ciąć nimi papier. Wspominałam, jak przystojnego i seksownego mam chłopaka? O, chyba nieraz.
- Niestety – westchnęłam. - Ale nie jest już tak źle jak na początku było. Z każdym treningiem jest lepiej i aż tak się nie męczę, więc to chyba dobrze. Niall mówi, że mam już o wiele lepszą kondycję i aż sama sobie dziwię się, że jeszcze kilka miesięcy temu była tak zła. Musiałam wtedy bardzo się zaniedbać, dopiero teraz, dzięki Niallowi jakoś wyglądam, nie?
- Zawsze byłaś szczupła, więc nie wiem, o co ci chodzi. - Objął mnie w pasie, oblizując usta.
- Wy, faceci... - Przewróciłam oczami, a on krótko się zaśmiał.
- Powiedziałem, że zawsze byłaś szczupła, ale jeśli zauważasz, że lepiej się czujesz po treningach i sama widzisz różnicę, to ćwicz dalej. To ma być trening dla twojego zdrowia, sylwetkę już masz doskonałą i nic więcej nie musisz zmieniać. - Przejechał wzrokiem po moim biuście, biodrach i nogach.
- Zrozumiałam, co masz na myśli, ale lepiej pójdę już na siłownię, zanim pożresz mnie wzrokiem. - Zmrużyłam oczy i ściągnęłam jego rękę ze swojego biodra. - A o moją sylwetkę więcej cię nie zapytam, bo i tak prawdy mi nie powiesz – dodałam.
- Ałć, zabolało. - Złapał się teatralnie za serce. - Nie kłamię, przykro mi, że tak myślisz.
-Stwarzasz takie pozory – wyjaśniłam krótko.
- Dobra, leć już do Horana – westchnął.
- Wow, karzesz mi iść do innego faceta? Nie jesteś zazdrosny? - Uśmiechnęłam się podejrzliwie.   
- To Niall. Jest trenerem, trenuje niejedną kobietę i też wie, że mogę ewentualnie go zabić, jeśli zacznie coś z tobą kręcić. Poza tym, nie pobędziesz z nim dziś za długo.
- Dlaczego miałabym nie pobyć? - Zmarszczyłam brwi, nic nie rozumiejąc.
- Zobaczysz, jak pójdziesz. Leć do Horana. - Kiwnął głową w kierunku korytarza.
- Coś kombinujecie. - Pokręciłam głową, powoli kierując się do holu.
- Tylko ja, on nie. Zaraz tam wpadnę – odpowiedział tajemniczo.
Minęła chwila ciszy nim mu odpowiedziałam.
- Zaczynasz powoli mnie przerażać – powiedziałam na koniec i wyszłam z salonu.
Nie wiem, co jest grane, ale jak widać, zaraz się dowiem. U tych ludzi nie można chyba spędzić dnia bez niespodzianek. Codziennie coś cię zaskoczy i nie zawsze pozytywnie, tak jak to było z problemem narkotykowym Louisa.
Przemierzyłam połowę rezydencji, aż nie dotarłam do przeszkolonych drzwi, które od razu pchnęłam, widząc, że blondyn już jest w środku. Siedział na ławce i pochylał się nad swoim telefonem. I pierwszy raz nie był przebrany na trening, przyszedł w długich jeansach i błękitnej bluzce, na której miał jeszcze czarną bluzę. O wow, w domu aż tak zimno nie jest, mają wszędzie ogrzewanie. No i nie ma jeszcze grudnia, żeby marznąć w środku domu. Coś mu się poprzestawiało?
- Cześć, Niall – przywitałam się pierwsza, odstawiając torbę na podłogę pod ścianą.
- Hej, Cassandra – wychrypiał, pociągając nosem, a potem podniósł głowę i gdy spojrzał na mnie, zauważyłam, że jego oczy są czerwone.
- O matko, ty płaczesz? - zaniepokoiłam się, podchodząc bliżej.
- Żarty sobie robisz ze mnie? - wymamrotał bezsilnie. Wyglądał nie najlepiej, jakby nie nadawał się już do życia. - Nie jestem beksą – dodał, a zaraz zaczął kaszleć i się dusić, więc natychmiast do niego podbiegłam i zaczęłam stukać go po plecach.
- Podnieś ręce – nakazałam, co od razu uczynił. Nie mógł przestać kaszleć, a gdy się uspokoił, odezwał się, lekko dysząc.
- Nie dławię się, tylko kaszlę, jest różnica – wymamrotał. - Niezły z ciebie ratownik – zakpił ze mnie. Oddychał głębiej, patrząc na mnie jakimś zamglonym wzrokiem. Oczy mu błyszczały i był jakiś otępiały.
- Dobrze ty się czujesz? - zapytałam podejrzliwie, gdy zaraz się zatrząsł. Na jego skroni zauważyłam strużki potu, a policzki miał zaróżowione. Dotknęłam dłonią jego czoła, a on od razu zamknął oczy. Był rozpalony, jak podejrzewałam po tym, jak wygląda.
- Ty masz gorączkę, Niall – powiedziałam, zdejmując rękę z jego głowy i spoglądając na niego.
- Możliwe. - Pociągnął nosem, z powrotem otwierając oczy.
- To ja jadę do domu, nie ma mowy o treningu.
- Nie kombinuj, żyję. Rozgrzewaj się, kobieto. - Podkulił nogi pod brodę i owinął ręce wokół nich, zwijając się jak dziecko w kłębek, a potem położył jeszcze głowę na zgięte kolana. Już miałam coś powiedzieć, ale zaczął kichać.
- Widzisz? Niall, ty ledwo żyjesz. Nie dasz rady ćwiczyć i tak nawet się nie przebrałeś. - Usiadłam obok niego, a on podniósł głowę.
- Nie mamrocz mi, tylko idź robić rozgrzewkę – mruknął.
- Niall, mówię poważnie. Masz zamiar w takim stanie robić mi trening?
- To, że jestem chory, nie znaczy, że nie mogę mówić ci, co masz robić i cię nadzorować – odpowiedział, wciąż pociągając nosem.
- Ale ty masz gorączkę, powinieneś leżeć, a nie tu być.
- Ale nie powiedziałem, że ja coś będę robić. Idź ćwiczyć, dobrze?
- Nie, Niall. Nie mam zamiaru robić dziś treningu. Jeśli siedzisz tu, mimo że jesteś chory, bo chodzi ci o pieniądze, to ci zapłacę, nawet podwójnie, ale masz iść odpoczywać.
- Martwisz się o mnie?
- Może i się martwię. I co? Jesteś moim przyjacielem i niepokoję się tym, że siedzisz tu w takim stanie zamiast się kurować.
- To ty mnie przecież zaraziłaś – wypalił nagle, na co szerzej otworzyłam oczy.
- To teraz chcesz zrzucić całą winę na mnie? Nieźle. To ciekawe, kto na początku mnie zaraził. Jak znajdziesz winowajcę, to mi powiedz, okej? - Spojrzałam na niego ironicznie.
- Trzeba było nie przychodzić mi na trening, jak byłaś chora.
- Weź już nie gdacz, co? Już dawno byłbyś na górze i leżał.
- Gdybym miał z kim, to bym leżał – wymamrotał, ponownie opierając głowę o kolana. - Każda z tej siłowni to oszustka na jedną noc. Przyjdzie ze mną i wyjdzie rano, serce złamie.
- Niall, skończ mówić, dobrze? W tej chwili naprawdę już chyba majaczysz. - Popatrzyłam na niego z niepokojem, lekko dotykając jego ramienia.
- Taka prawda, co zrobisz.
- Nie pieprz głupot, Niall – usłyszałam Louisa i dostrzegłam, że rzeczywiście przyszedł tu. Wciąż był w swoim garniturze.
- A ty tu co? - Podniósł głowę i zmrużył na niego oczy. - Dziś nie ćwiczysz, dopiero jutro rano. Wynocha mi z mojej siłowni.
- To moja siłownia. Widzę, że masz gorączkę – stwierdził szatyn, na co blondyn pokręcił głową i oparł ją o ścianę. - Zabieram ją, a ty idź się kładź.
- Gdy ty ją zabierasz? - Nagle Niall się poderwał.
- Właśnie. - Dołączyłam do niego.
- Na rowery, pojedziemy gdzieś. Nic ci się, Horan, nie stanie, jeśli raz nie zrobisz jej treningu.
- A jedźcie i dajcie mi spokój – wymamrotał i wstał z ławki. Ciaśniej opatulił się bluzą, a za chwilę znikł z siłowni.
- Zabierasz mnie na rowery? - Popatrzyłam na niego rozradowana, nie ukrywając swojego szczęścia.
- Yhm, mówiłaś kiedyś, że to lubisz. - Odwzajemnił uśmiech, a ja natychmiast wpadłam mu w ramiona, o mało go nie przewracając.
- Jesteś najlepszy. - Zaczęłam całować go po policzkach, dopóki o czymś sobie nie przypomniałam. - Chwila. - Odsunęłam się od niego. - Jest listopad, ty już do reszty zwariowałeś.
- Bo?
- Jest za zimno, nie ma opcji, nigdzie nie jadę.
- Jeszcze do grudnia daleko, a dziś ładna pogoda, ciepło jest. Oj, nie daj się błagać, będzie fajnie, zobaczysz. Potraktuj to jako randkę. Dawno nigdzie nie byliśmy i chyba nie robiliśmy jeszcze wspólnie takich rzeczy. Zawsze tylko jakaś kolacja albo film. Zabawmy się teraz, jeden raz chociaż.
- Randka, mówisz? - powtórzyłam z namysłem.
- Tego chyba nie odmówisz swojemu chłopakowi, prawda?
- Ale ma być fajnie i miło. I zapominamy o wszystkim innym, nie ma pracy i gangu, tylko my. Umowa stoi?
- Stoi. - Cmoknął mnie w usta.


***

Zdjęłam z siebie bluzę Louisa i podałam mu ją. Było mi już za gorąco, mając na sobie i tą, i swoją cieńszą, prawie się już w nich parzyłam, nie dało się wytrzymać. Kto by się spodziewał, że w listopadzie na rowerach może być aż tak ciepło? Ja byłam raczej przekonana, że zamarznę, ale jak widać, wystarczyło trochę pojeździć i się poruszać, żeby się rozgrzać. I wbrew pozorom, naprawdę przyjemnie się jeździ o tej porze roku.
- Nie będzie ci za zimno? - zapytał Louis, biorąc z moich rąk ubranie, które zaraz narzucił na swoją bluzkę z krótkim rękawem. - Wiesz, to nie jest lato i trochę jednak się zmęczyłaś i zgrzałaś przez te kilka mil. Żebyś się nie przeziębiła – ostrzegł mnie, na co z uśmiechem przewróciłam oczami.
- Taki jesteś mądry, to trzeba było nie wyciągać mnie na rower.
- To miała być randka – przypomniał mi.
- I jest.
- Podoba ci się, prawda? No, przyznaj, że ci się podoba. - Roześmiał się, na co szerzej się uśmiechnęłam i przybliżyłam z rowerem ku niemu. Pochyliłam się, żeby go przytulić.
- Oczywiście, że podoba, bo jestem z tobą. Jest naprawdę wspaniale, tylko my i nikt nam nie przeszkadza. Na początku myślałam, że będzie gorzej, ale jest fajnie , bardzo. Potrzebowałam tego. I...
- I już nie narzekasz, że ci zimno – wspomniał.
- To ty jeszcze przed chwilą sam się pytałeś, czy mi ciepło. Weź się zdecyduj, człowieku. Prościej było już nigdzie nie jechać.
- Oj, kotku, tylko się z tobą droczę, przecież wiesz. - Ścisnął mnie mocniej. - Ale nie, poważnie pytałem. Ciepło ci? Może weź z powrotem moją bluzę, co? Niedawno byłaś chora...
- Louis – przerwałam mu. - Gdyby było mi zimno, to gadałabym ci o tym non stop, jak na początku naszej drogi i na pewno sama nie zdjęłabym tej bluzy. Jest okej, naprawdę, nie masz o co się martwić. Powiem ci, jak coś.
- Jak to jest, że biegać nie chciałaś, a na rower chętnie wsiadłaś? To znaczy, wiem, że lubisz to, ale to wciąż sport.
- A jak to jest, że pieniędzy masz od groma, a i tak kradniesz co jakiś czas? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie, zaginając go tym, przez co nie powiedział nic i tylko westchnął. - Nie wiesz, tak samo ja nie wiem. Tak po prostu jest i już. Jazda na rowerze sprawia mi jakoś więcej frajdy niż bieganie, nawet nie męczę się tak bardzo.
- Tak... to... kradzież pieniędzy też sprawia mi więcej frajdy niż ich legalne zarabianie – odparł kreatywnie, na co oboje się zaśmialiśmy. - Ścigamy się, co? Z górki. - Wskazał na drogę, która szła paręnaście metrów w dół. Od razu poziom adrenaliny znacznie mi podskoczył, jakby ktoś dał mi mocnego kopa w dupę.
- Jeszcze się pytasz? Wiesz, jak ja kocham wygrywać.
- Hola, hola, kto powiedział od razu, że ty wygrasz? - Zaśmiał się.
- Ja tak powiedziałam. - Pokazałam mu język. - Jeszcze zobaczysz.
- No, właśnie ty zobaczysz, że ja będę pierwszy na dole.
- Aha, to się jeszcze okaże, Tomlinson.
- Och, to teraz mówisz do mnie po nazwisku? - Zaśmiał się.
- Teraz to my jesteśmy rywalami, nie ma miejsca na słodzenie.
- To miło słyszeć takie słowa od własnej dziewczyny. - Uniósł brwi.
- Jak wygram, to wtedy będę ci słodzić.
- Próbujesz zmusić mnie do tego, żebym dał ci fory? O, nie ma mowy.
- Nie musisz nic mi dawać. Oczywiście, że wygram.
- O, jaka pewna. Jaka jest nagroda? - Popatrzył na mnie wyzywająco.
- Emm... Kto przegra, stawia pizzę?
- Robisz to specjalnie? Przecież nawet, jak przegrasz, to i tak zapłacę za nas dwoje. Nie wolisz...
- Start! - krzyknęłam, przerywając mu i ze śmiechem zaczęłam kierować się do zjazdu z górki.
Byliśmy akurat w tym miejscu na obrzeżach miasta, gdzie były łąki i takie tereny, świetne do przejażdżek rowerowych. Nie stało w pobliżu za wiele domów i sporadycznie przejeżdżały tędy samochody. To był taki teren bardziej przypominający wioskę, mimo że wciąż była to część Londynu. Nawet nie wiedziałam, że jest takie miejsce, dopiero Louis mi je pokazał, tak samo to on pożyczył mi rower i swoją drogą, nie mam też zielonego pojęcia, skąd miał dodatkowy, ale o to już nie zapytałam. Może to któregoś z chłopaków albo kogoś z jego rodziny? Ale nieważne, to tylko rower.
- Hej, myślisz, że wygrasz, jeśli wystartowałaś pierwsza? - usłyszałam za plecami i złośliwie uśmiechnęłam się sama do siebie.
- Chcesz się przekonać?
- No, jasne, że chcę – usłyszałam teraz gdzieś obok i to znacznie głośniej niż wcześniej, co mnie już zaskoczyło. Przekręciłam więc mimowolnie głowę w prawą stronę i od razu zobaczyłam obok Louisa, który mnie wymija i głośno się przy tym śmieje.
- Ej! - krzyknęłam głośno, kiedy byliśmy już prawie na dole. - To ja miałam wygrać, a nie... - urwałam, tracąc na chwilę oddech, gdy wjechałam na jakiś kamień, którego nie zauważyłam i momentalnie poleciałam wraz z rowerem na ziemię. Poszedł tylko głośny huk spowodowany upadkiem i natychmiast zobaczyłam, jak Louis się zatrzymuje. Odwrócił głowę do tyłu i gdy dostrzegł, że leżę na trawie, podjechał szybko do mnie. Szczęście, że przynajmniej z tej górki zjechałam całkowicie, bo nie chciałabym się z niej stoczyć i skręcić karku.
- Żyjesz? - zapytał, schodząc z roweru i zaraz ten, na którym ja jechałam jeszcze przed chwilą, powoli i ostrożnie odsunął ode mnie, najpierw jednak wyjmując moją nogę, która wygięła się i wplątała w ramę.
- Żyć, to jeszcze żyję – jęknęłam, podnosząc ciało do pozycji siedzącej. Natychmiast złapałam za bolącą kostkę, która od razu zaczęła niepokojąco pulsować. - Kurwa – przeklęłam nieświadomie i zaraz mocno ścisnęłam szczęki, tłumiąc krzyk spowodowany bólem.
- Boli cię tylko noga czy w coś jeszcze się uderzyłaś? Głowa? Plecy? - pytał przejęty, gdy ukucnął przy mnie i położył rękę na moje ramię.
- Tylko noga, widziałeś, jak wplątała się w ramę – syknęłam z bólu, mrużąc oczy.
- Jak ty to zrobiłaś?
- Nie wiem. Spojrzałam na ciebie i w coś wjechałam. Potem już leżałam. Cholera, jak to boli.
- Pokaż to – powiedział, rozwiązując mojego buta,. Nie zdjął go, bo to była uszkodzona kostka, a nie stopa, ale zsunął skarpetkę i podciągnął lekko nogawkę moich legginsów. Mimo, że wiedziałam, że stara się być delikatny – bolało, gdy dotykał. I właśnie to mnie niepokoiło, że tak usilnie boli. - Nic nie widać na razie, pewnie jest tylko stłuczona. Nie wstawaj, posiedź chwilę, to może ci przejdzie. - Usiadł tuż obok i objął mnie w pasie. Oparłam głowę o jego ramię i cicho odetchnęłam.
- A było tak fajnie.
- Dalej będzie, tylko noga niech ci trochę odpocznie.
- I ty myślisz, że to pomoże? - Spojrzałam na niego podejrzliwie.
- Moja siostra nieraz tak sobie zrobiła i zaraz było dobrze.
- Ale to, że Lottie nic większego sobie nie zrobiła, nie znaczy, że ja nie mogłam.
- Oj, nie dramatyzuj. Wszystko będzie okej. Nigdy nie skręciłaś sobie nogi?
- Nie. - Spojrzałam na niego ponuro i na chwilę go tym uciszyłam. - Bardziej niż moją kostką martwisz się, że się przeziębię – zauważyłam słusznie, wciąż rozmasowując bolącą część ciała.   
- Przecież nic ci nie będzie. Dlaczego tak się boisz?
- A skąd wiesz, że nie będzie? Masz rentgen w oczach?
- Nie, ale gdyby coś się działo, to na pewno zaczęłaby już puchnąć – powiedział w chwili, gdy zadzwonił jego telefon. Nim się obejrzałam, on wstał już na równe nogi, a w ręku trzymał smartfon.
- Nie odbieraj – poprosiłam cicho, a on odwrócił się w moją stronę.
- Muszę.
- Nie – powiedziałam twardo. - Obiecałeś mi coś. Mieliśmy być tylko my, żadnej pracy, żadnego gangu.
- Cass, nie dzwoniliby do mnie bez powodu, wiedząc, że jestem z tobą – westchnął, a telefon przestał dzwonić.
- Akurat teraz, tak? Jeden raz chciałam pobyć sama z tobą. Zawsze musisz odbierać? Nie poradzą sobie bez ciebie? O ile wiem, to Harry jest twoim zastępcą...
- Nie dzwonią z firmy, Cass. To chłopaki.
- Chłopaki to profesjonaliści, też sobie poradzą...
- Nie mogę odebrać jednego telefonu? - przerwał mi ostro.
- Nie powiedziałam, że nie możesz, ale obiecałeś, że...
- Wiem, co obiecałem, ale czy ty tego nie rozumiesz, że muszę odebrać?
- Jeśli coś się obiecuje...
- Przestań, dobra? Nie jedziemy teraz rowerami, tylko siedzimy. W czym ci to będzie przeszkadzać, jeśli zadzwonię teraz?
- Chciałam tylko...
- Co chciałaś?
- Myślałam, że jeśli będziemy sami to w końcu porozmawiamy i...
- O czym mamy rozmawiać? - po raz kolejny mi przerwał.
- Już o niczym, nieważne – wymamrotałam, zwieszając głowę.
- O czym mamy porozmawiać? - zapytał ponownie.
- Ogólnie, o wszystkim. Nie mamy ostatnio dużo czasu dla siebie. Chciałam ci powiedzieć o tym, co mnie gryzie, o moich problemach... nieważne...
- O jakich problemach? - Popatrzył na mnie zszokowany, gdy na chwilę podniosłam wzrok.
- Nieważne już. Oddzwoń do chłopaków, pewnie to coś ważniejszego.
- Cassandra...
- Oddzwoń do chłopaków! - uniosłam się niespodziewanie. - Mną się nie przejmuj – dodałam ciszej i kolejny raz zwiesiłam głowę. Oczy mi się zaszkliły, ale nie chciałam teraz płakać.
Bez słowa odszedł ode mnie kawałek dalej, a ja od razu spojrzałam na swoją kostkę. Gdyby coś się działo to zaczęłaby puchnąć, tak? Świetnie, to właśnie zaczęła. To miał być przyjemny wypad, a cała ta randka już się popsuła. Może to i ja nie powinnam tak zareagować, ale... naprawdę liczyłam, że powiem mu o moich obawach, o tym, że nie palę już od kilku dni, o problemach z moją firmą. Naprawdę chciałam tylko raz pobyć z nim sama, zawsze gdzieś w pobliżu są inni ludzie. Czy to naprawdę tak źle, że nawet kilku godzin nie moglibyśmy być odcięci od tego wszystkiego? Nie wiem... może rzeczywiście moja reakcja była zbyt ostra, może nie powinnam...
- Kiedy?... Żartujecie sobie?... Kurwa... zabiję ich w końcu, zabiję – mówił do telefonu, a ja tylko słuchałam. - Tak... No, to chyba wiesz, co zrobię... Nie wiem... Za pół godziny góra?... Dobra... Na razie – mówił bardziej nerwowo niż w rozmowie ze mną przed chwilą i wkurzony też się zaraz rozłączył.
Ostrożnie podniosłam wzrok na niego.
- Louis, przepraszam za...
- Wstawaj – powiedział chłodno, chowając telefon do kieszeni dresów. - Coś się dzieje.
- Ale...
- Nie ma czasu – dodał, wsiadając na rower.
Popatrzyłam w szoku na to, co robi i w pośpiechu zawiązałam buta.
- Ale nie dam rady – powiedziałam ciszej, lecz on już ruszył.
Zacisnęłam mocno szczękę i z całych sił próbowałam się podnieść. Gdy już mi się to udało, noga od razu dała o sobie znać. Nie miałam jednak wyboru i nie mogłam tu zostać. Nie znałam dobrze drogi do domu, a mój chłopak odjechał już kawałek.
- Louis! - zawołałam za nim, ostrożnie, ale szybko wsiadając na rower. - Zaczekaj! Zwolnij! - ponownie krzyknęłam, ale wydawał się nie bardzo mnie słyszeć.
Zabolało mnie serce, że tak po prostu pojechał i nawet nie upewnił się, czy jadę za nim.
- Proszę! - krzyknęłam, będąc bliżej niego.
Chyba usłyszał, ponieważ zwolnił. Albo to ja tak przyspieszyłam, żeby go nie zgubić. Dlaczego to zrobił? Aż tak bardzo wpłynęła na niego ta rozmowa telefoniczna? Przecież to po niej wkurzył się bardziej.
W końcu dojechałam do niego i jechaliśmy wolniej, ale nie odezwał się do mnie i wciąż patrzył przed siebie, a ja tylko powstrzymywałam łzy, by nie wypłynęły, kostka bolała niewyobrażalnie.
Widocznie jest coś ważniejszego ode mnie... Jeśli teraz było, to już zawsze będzie. Nie żalę się, ale widocznie nie jestem tą jedyną i tą najważniejszą. A czego się spodziewałaś, Cassandra? Chciałaś być szczęśliwa? Bardzo śmieszne, chyba nie w tym życiu.

***

Wjechaliśmy do garażu przy rezydencji Louisa i niemal od razu, gdy się zatrzymałam, powoli zeszłam z roweru. Jednak zanim to zrobiłam, szatyn wyszedł już z pomieszczenia do domu i to w dość szybkim tempie, nie bardzo przejmując się rowerem, a tym bardziej mną, bo na mnie nie spojrzał w ogóle. Co jest aż tak ważnego, że pierwsze, co robi to pójście do chłopaków? Jakby nie zauważył, doznałam chyba jakiejś kontuzji kostki i tylko zaciskam mocno zęby z bólu, a on już nawet nie zapytał, czy wciąż coś mi się dzieje. Nie, nie żalę się, ale teraz widzę, że coś innego interesuje go bardziej niż własna dziewczyna. Tak, wiem, że brzmię teraz trochę samolubnie, ale jakbyście się czuli w mojej aktualnej sytuacji? Jakbyście się czuli, gdyby coś wam się stało, a wasz chłopak widzi coś ważniejszego od was i waszą osobę ma, że tak powiem 'w dupie', jeśli nawet się nie odezwie?
Chyba właśnie dzieje się to samo, co trzy tygodnie temu, kiedy mieliśmy wypadek. Jeśli ma zamiar milczeć tak jak wtedy, to ja nie wiem, co w ogóle z nim robię. Albo on się odezwie, albo mnie już tu nie ma. I dowiem się, o co chodziło, że musiał tu tak pilnie wracać, za wszelką cenę. I nie ukrywam, że boli mnie, że znów zachowuje się w ten sposób, jakby mnie nie było obok. Czy to wszystko, my, mamy w ogóle jakikolwiek sens?
Lekko utykając na uszkodzoną nogę, również zaczęłam kierować się do wyjścia z garażu.
- Louis! - krzyknęłam za nim, kiedy weszłam do domu i zauważyłam jego oddalającą się sylwetkę. Zostałam jednak, oczywiście, zignorowana.
- No, nareszcie, Tomlinson! - usłyszałam głos Liama z salonu. - Dłużej się nie dało?
- Dało! Jak bardzo chcesz, to mogę się zawrócić! - odkrzyknął mu.
Zacisnęłam mocniej szczęki i przyspieszyłam kroku, na chwilę odpychając od siebie myśl o kostce.
- Możesz zaczekać?! - ponownie za nim zawołałam. - Louis!
- Zayn go namierzył, więc mamy ułatwione zadanie. Najrozsądniej byłoby zaatakować jutro, ale decyzja należy do ciebie – ktoś inny się odezwał, ale teraz mało obchodziło mnie kto.
- Dalej udawaj, że mnie nie słyszysz, do cholery – wymamrotałam pod nosem, znacznie się zbliżając do salonu. Tak, że widziałam już większość gangu, który tam siedział.
- Najpierw wyjaśnijcie mi dokładnie całą sytuację – powiedział Louis.
- Przejęli nasz...
- Wracam do domu – przerwałam głośno Harry'emu, stając w przejściu między korytarzem a salonem.
Automatycznie Louis zatrzymał się w miejscu i powoli odwrócił się w moją stronę, a w całym pomieszczeniu zapanowała cisza.
- Wracasz bo? - zapytał z miną wyrażającą niezrozumienie.
I nagle poczułam, jakby ktoś dodał mi energii i odwagi, a wszystkie emocje pragnęły ze mnie natychmiast wylecieć. I to, że wszyscy zamilkli i teraz na nas patrzą, dawało mi niezłego kopa w dupę, by przemówić mu do rozumu. Wiedziałam, że chłopaki mogą za chwilę pomyśleć sobie o mnie różne rzeczy, ale w tym momencie nie ruszało mnie to tak bardzo jak wiem, że potem na pewno ruszy i mogę nawet tego żałować.
- Bo znów jest tak samo jak po naszym wypadku. Znów się do mnie nie odzywasz i masz mnie gdzieś – wyjaśniłam mu.
- O nie, nie mam cię gdzieś – natychmiast zaprzeczył i podszedł odrobinę bliżej.
- Nie? To jak wytłumaczysz to, że nie odezwałeś się ani słowem przez całą drogę? Nawet nie reagowałeś jeszcze przed chwilą, gdy cię wołałam. Przepraszam, ale czy ja jestem jakimś duchem? Bo tak właśnie się poczułam.
- To przepraszam, że tak się poczułaś, ale nie zrobiłem tego celowo. Jestem wkurzony, bo dzieje się coś złego, nie widzisz?
- Widzę i nie wiem nawet co, bo nie raczyłeś mi o niczym powiedzieć. Jedno wezwanie, jeden telefon i dosłownie rzuciłeś wszystko, w tym mnie, i przyjechałeś do domu. W dupie miałeś, że to była nasza randka, w dupie miałeś mnie i w dupie miałeś to, że coś mi się stało i nawet nie mogłam się podnieść. Co tam, nie? Bo, kurwa, pieprzony gang jest o wiele ważniejszy niż własna dziewczyna.
- Ja tu rządzę, więc tak, to jest ważne, dlatego...
- Ważniejsze ode mnie, prawda? - przerwałam mu ostro.
- Nie ważniejsze, powiedziałem, że też ważne. Nie mów czegoś, czego nie powiedziałem.
- Też jestem w tym gangu, Louis i zrozumiałabym na pewno, gdybyś powiedział mi o co chodzi, i zachował się inaczej. Tylko że zamiast tak zrobić, wolałeś milczeć i nawet słowem się nie odezwać, o tym, co się dzieje. Jeden, czy jeden pieprzony raz nie może być miło?
- Musiałem tu przyjechać, nie rozumiesz? Jones cały czas atakuje, tu nie chodzi tylko o mnie. Nie rozumiesz, ile poświęcam, by cię chronić i chyba nigdy nie zrozumiesz, bo to nie na tobie spoczywa cała odpowiedzialność za to wszystko.
- Może i nie rozumiem, ale nie musisz cały czas zachowywać się tak wrednie, przynajmniej względem mnie. Myślałam, że może już się zmieniłeś, na lepsze, ale... ty masz jakieś rozdwojenie osobowości? W jednej chwili jesteś kochany, miły i tak dalej, jesteś spoko gościem, a w drugiej... w drugiej jesteś właśnie takim dupkiem jak teraz i takim jakim byłeś w Stanach. Żadna normalna dziewczyna nie wytrzymałaby z tobą i to chyba dowodzi, że ja w pełni też nie jestem normalna.
- Przepraszam, co ty mi sugerujesz? Że jestem jakiś psychiczny? Popieprzony? Nie wierzę, że moja własna dziewczyna...
- A ja nie wierzę, że mój własny chłopak jest tak bardzo zapatrzony w inne sprawy, że ja schodzę na dalszy plan. Nie wierzę, że bezpodstawnie się do mnie nie odzywa, jakby za coś mnie karał i coraz częściej traktuje źle nie tylko mnie, ale i innych ludzi wokoło.
- Nie wiesz, jakie życie może być okrutne i powinnaś się z tego cieszyć. To nie ty jesteś znienawidzona przez los i nawet najgorszemu wrogowi tego nie życzę. Nie znasz najpodlejszej strony życia i obyś nigdy nie poznała.
- Tak wiele rzeczy jeszcze o mnie nie wiesz – syknęłam w jego stronę. - Nie wiesz nic o mojej przeszłości.
- To może mi w końcu o niej powiedz, co?
- Chciałam tylko jednego dnia – mówiłam dalej, ignorując to, co powiedział przed sekundą. - Jednego dnia tylko z tobą, żeby nikt nam nie przeszkadzał, a ty obiecałeś, że tak będzie. Prosiłam, żebyś nie odbierał telefonu, ale zrobiłeś to i w tamtej chwili zrozumiałam, kogo wybierasz. Pragnęłam tylko tego jednego dnia, spędzenia czasu z tobą, bo widzę, że zaczynamy się od siebie oddalać.
- Mówiłem, że muszę odebrać, bo to chłopaki...
- Tak, bo to chłopaki – przerwałam mu. - Bo gang jest najważniejszy.
- Znowu z tym zaczynasz. Mówiłem, że gang...
- Ja wiem, co widzę! - Uniosłam się. - Nie mydlij mi oczu! Ten gang przysłania ci całe twoje życie, całą rzeczywistość. Traktujesz to jak jakieś swoje królestwo i nie widzisz, że powoli zaczynasz zachowywać się jak tyran, gdy jesteś w swoim żywiole! W tym momencie nie wiem, czy powinnam się cieszyć, że jestem częścią tego wszystkiego, bo to wygląda jakby było najważniejsze na świecie!
- Mogę cię szybko wyrzucić z tego gangu, jeśli tak bardzo tego chcesz! Może wtedy nie będziesz widzieć w tym takiego wielkiego problemu, kiedy zabraknie tego wszystkiego!
- Proszę bardzo! Droga wolna! Ciekawe, gdzie znajdziesz drugą taką naiwną! Powodzenia z szukaniem, krzyżyk na drogę!


- I kto tu jest w tej chwili wredny, co?! Nie widzisz tego, jak sama w tej chwili się zachowujesz?! To ty zaczęłaś tą kłótnię, nie ja i nie próbuj wmówić mi czegoś innego.
- Ale ja się przynajmniej interesuję tobą i twoim zdrowiem.
- Ja się tobą nie interesuję?! A kto ci zakazał palić? Kto siedział z tobą, kiedy byłaś chora, kiedy cię pobili, kto...
- Wiesz co? - przerwałam mu. - To chyba nie był najlepszy pomysł, żebyśmy byli razem... - powiedziałam ciszej i dostrzegłam, że jego twarz blednie.
Chłopaki wciąż się nie odzywali, ale teraz to już czułam, że i oni zamarli, i że może zostanę za to wszystko znienawidzona.
- Może to był błąd. Widocznie sam gang to już za dużo i spędzamy razem zbyt wiele czasu. I chyba te dni, kiedy byliśmy oddzielnie tyle czasu, pokazują, że coś w naszym związku jest nie tak – mówiłam cicho i dość spokojnie, a on mi się cierpliwie przysłuchiwał.
- Czekaj... ty ze mną zrywasz? - zapytał niespokojnie. Nagle wyraz jego twarzy kompletnie się zmienił, wyglądał na przerażonego.
Zagryzłam na chwilę mocno wargę, patrząc mu głęboko w oczy. Rozejrzałam się po chłopakach, którzy w zaskakującym napięciu na nas patrzyli i wróciłam wzrokiem do szatyna. Cofnęłam się o krok, już nic nie odpowiedziałam. W milczeniu, szybkim krokiem przeszłam przez korytarz, czując napływające mi do oczu łzy. W pośpiechu zabrałam spod ściany swoją torbę z rzeczami i wybiegłam z domu. Wsiadłam do swojego auta i drżącymi dłońmi próbowałam włożyć kluczyk do stacyjki . Kiedy już mi się udało, prędko wyjechałam z posesji, w duchu dziękując za to, że nikt nie zdążył zamknąć bramy.
Jechałam przed siebie, niewyobrażalnie szybko, po kolei mijając przejeżdżające pojazdy. Całą twarz miałam mokrą, a kiedy łzy zaczynały mi już za bardzo ograniczać widoczność, zjechałam na pobocze. Zatrzymałam się i uderzyłam dłonią w kierownicę, wpadając w całkowity atak płaczu. Do tego kostka tak silnie pulsowała, że nie wytrzymywałam już z bólu. Co ja najlepszego zrobiłam? Dlaczego nie rozegrałam tego na spokojnie? Boże... co ja zrobiłam? Teraz, kurwa, będę się o to winić już po fakcie. Nie przewidziałam tego, że aż tak możemy się pokłócić.
Zadzwonił gdzieś w mojej torbie telefon i kiedy po niego sięgnęłam, i zobaczyłam, że to Louis, zamiast odebrać, zerwałam połączenie i bardziej się rozpłakałam. Stałam na tym poboczu i ryczałam jak dziecko, w własnej głupoty. Nie wiem, czy dobrze postąpiłam nie odbierając, ale wiem, że po tym, co się wydarzyło, oboje potrzebujemy teraz pobyć sami. Nawet, jeśli to oznacza koniec. W tej chwili, to już nie wiem, co dla nas jest dobre. Wiem jedynie, że nie mogę tam teraz wrócić i z nim rozmawiać, nie tak szybko. Tylko że na tą rozmowę w końcu nadejdzie czas. I tego też się obawiam. Dlaczego ja zawsze muszę spieprzyć sobie życie? Dlaczego jestem tak głupia?

***

Wróciłam dosłownie przed chwilą od lekarza, ze szpitala i uszczęśliwiona bardzo to ja nie jestem. Tyle dobrego, że kostka złamana nie jest, bo to byłby już koszmar. Jednak ze względu na skręcenie drugiego stopnia, zaliczanego w ogóle do umiarkowanego , zmuszona jestem teraz nosić na tej kończynie stabilizator, mający mi ją usztywnić i nie pozwolić, żebym zginała ją podczas chodzenia, i tak na dwa tygodnie. Na cały weekend jestem uziemiona ponownie w domu, jedynie muszę znów iść do lekarza, więc na ten czas musiałam odwołać i przełożyć wszystkie spotkania, szczególnie wyjazdy do klientów. Kiedy wrócę natomiast w następnym tygodniu do firmy, nie ma mowy o dłuższym chodzeniu, mogę tylko tam siedzieć. Nieźle się załatwiłam. Gdyby to chociaż tak nie bolało, to bym wytrzymała. Auta też teoretycznie nie powinnam prowadzić, ale jakoż musiałam przecież wrócić do domu. Gdybym nie pokłóciła się z Louisem, to na pewno zadzwoniłabym po niego, jednak nie odważę się na to, żeby jeszcze dziś z nim rozmawiać. Nie ma mowy. Poza tym, sam sobie na to zapracował.
Przez tą pieprzoną kostkę jestem ponownie w tyle z pracą. Dopiero wyzdrowiałam, a teraz to już całkiem nie wyjdę z domu przez weekend i nawet nie wiem, czy w poniedziałek pojadę do tej firmy, ale jakoś muszę. Jeśli dalej nie pójdę to narobię sobie tyle zaległości, że nie będę miała nawet czasu pójść spać. Nie długo to w ogóle pracownicy zaczną narzekać, że nie ma mnie w ogóle w zakładzie. Dlatego też trzeba spiąć dupę i się zmobilizować. Nie mogę robić wszystkiego w domu, jedynie dokumenty, a przecież mam też inne obowiązki. Więc, postanowione. Gdy tylko przestanie tak bardzo boleć, wracam do pracy, nie mam mowy, że nie. Byłam chora, nie było mnie przez kilka dni, miałam wypadek, też mnie nie było, potem polecę gdzieś na wakacje z Jakiem i Maddie, więc na pewno ponad tydzień znów mnie nie będzie, i oczywiście trzeba dodać te dni, że tak powiem 'wagary', kiedy spędzałam czas z Louisem i najzwyczajniej w świecie nie chciało mi się iść do pracy. Ale trzeba przyznać, że i tak się poprawiłam, bo jestem w firmie więcej niż mnie nie ma, a przez ostatnie dwa tygodnie naprawdę byłam tam codziennie, więc osiągnęłam mały sukces. Więc to nie tak, że bardzo ją zaniedbuję. Jestem młoda, dlatego mam prawo też do kilku dni wolnych i rozrywki, całe życie jeszcze przede mną. Nie mogę być ciągle uwięziona w firmie. Potrzebuję się wyszaleć, potrzebuję więcej swobody. W ogóle, to cud, że ja to wszystko jeszcze ciągnę pomimo tak młodego wieku. Naprawdę zależy mi na dalszym prowadzeniu firmy, bo kocham ją, to mój wielki sukces, ale wciąż obawiam się o nią, że to wszystko może się posypać w jednej chwili. I to niebezpiecznie do tego zmierza... Niezależnie od tego, czy ja siedzę w tej pracy, czy nie siedzę. Tu chodzi raczej o autorytet wśród pracowników. Dlatego za kilka dni ja tam wracam i aż do wylotu na wakacje postaram się nie opuścić żadnego dnia. Uda mi się to, najwyżej będę chodzić po południu, nie z samego rana albo tylko na kilka godzin, ale będę pracować. Może dojdą też i do tego wieczory spędzone w pracy, skoro sytuacja z moim chłopakiem na obecną chwilę najlepiej nie wygląda, to jest opcja, że nie będę potrzebowała wolnych wieczorów. No... na razie jednak nie rozważam tej opcji, bo nie mam pojęcia, na czym oboje stoimy.
Zdążyłam tylko wejść do sypialni i otworzyć szafę, żeby schować bluzę, a mój telefon, jak na zawałanie zaczął dzwonić. Obróciłam się i sięgnęłam do łóżka, na którym leżał mój iphone. Zauważyłam tylko zdjęcie szatyna i natychmiast rozłączyłam się. Mówiłam przecież sobie, że nie mam ochoty dziś rozmawiać, bo zwyczajnie boję się tej rozmowy. Cholera, pieprzony ze mnie tchórz. Po tym, co mu powiedziałam, nie porozmawiam z nim przez telefon, chyba, że sam się tu pofatyguje. Tylko, że się zapewne nie pofatyguje, bo dzwoni już po raz któryś od kiedy wyszłam z jego domu i za każdym razem nie odebrałam. Może to i nie fair, i dziecinne, że najpierw krzyczałam, a teraz nie chcę się do niego odzywać, ale może to i też sprawiedliwa kara dla niego, bo pamiętajmy o tym, że to zaczęło się od jego fałszywego przysięgania mi, milczenia, a potem to już powiedzenia mi podczas kłótni tego, co powiedział, i w ogóle za to, że za często zachowuje się jak dupek. I nie zapomnę też tego, że zagroził mi, że wyrzuci mnie z gangu, no więc...może jakoś bym to zniosła, ale... cholera jasna! Własny chłopak chciał mnie wyrzucić z tego gangu za nic. Coraz częściej uważa się za niewiadomo kogo.
Ścisnęłam w dłoni mocno telefon, powstrzymując się od tego, by mocno nim nie rzucić o ziemię. Zamiast tego, zaczęłam wyrzucać z półki ubrania Louisa, które zostawił u mnie na zapas. Nie obchodziło mnie to, że mogą się porwać czy wybrudzić. Rzucanie tych ubrań z całej siły o podłogę dawało mi w jakimś stopniu ukojenie. Musiałam się na czymś wyżyć, a nie chciałam demolować swojego domu. Ubrania nie były moje, a on z pewnością sobie na to zasłużył, po tym, jak o mało nie zostawił mnie samej ze skręconą kostką na tej drodze, zaraz po otrzymaniu telefonu. No cóż, coś za coś, należy mu się. Jest pieprzonym bogaczem, ubrań ma tonę, mogłabym nawet przerobić je na szmaty, ale tak okrutna nie będę. Jednak to, jak mnie zranił, nie podlega żadnej dyskusji.
Szybko oddychając, usiadłam na łóżku, kiedy cała półka była już pusta, ponownie biorąc telefon do rąk.
'Nie chcę rozmawiać, nie dzwoń do mnie' – napisałam szybko i odłożyłam urządzenie, a sama opadłam na materac łóżka.

***

Leżę z laptopem na kolanach i kubkiem herbaty obok już którąś godzinę. Jeśli mam odpoczywać i nie nadwyrężać za bardzo kostki, to nie mam nic innego do roboty jak lenić się. Bo, oczywiście, zdążyłam nadrobić wszystkie dokumenty z firmy i jestem na bieżąco. Gdy tylko wrócę do pracy, to będę miała przynajmniej mniej do robienia. Obowiązki i tak pracownikom rozdziela Tristan, jeśli mnie nie ma. Ja muszę jedynie jeszcze spotkać się z kilkoma biznesmenami i to wszystko, bo do domów klientów i tak nie bardzo na razie pojadę, więc ponownie będę musiała męczyć Trisa, żeby pojechał tam za mnie. Ja dam mu w końcu urlop, naprawdę, tylko najpierw nadróbmy to, co trzeba, już i tak jest dość dobrze, a z wszelkimi papierami to już w ogóle wspaniale i ja się z tego cieszę. Nie mam na razie nic, co muszę zrobić, to przynajmniej pooglądam sobie filmy, sama. Na ogół oglądam coś z Louisem, czerpię wtedy z tego większą przyjemność, ale jak widać, dziś jest jak jest, z wiadomych przyczyn.
Dzwonił do mnie, gdy wtedy wyszłam z jego domu. Zrezygnował po ósmym razie, kiedy treść mojego sms-a, o tym, że nie chcę z nim rozmawiać, najwyraźniej w końcu do niego dotarła. Nie odebrałam za żadnym razem, a on w ogóle tu nie przyszedł. Minęło ponad sześć godzin, już wieczór... właśnie widać, jak mu na mnie zależy i co jest ważniejsze. Trudno się mówi, nie to nie, ja nie będę naciskać. Zrobi, co zechce, ale na na pewno pierwsza nie zamierzam się odezwać. On doskonale wie, że jestem uparta i nieustępliwa, a po takiej kłótni to już naprawdę nie ma czego ode mnie oczekiwać. Jeśli szczerze mu na mnie zależy, przyjdzie tu, jeśli nie... no cóż, pogodzę się jakoś z tą myślą i... po raz kolejny zostanę ze złamanym sercem.
A miałam być przecież szczęśliwa, miałam być tą jego księżniczką... Już nigdy nie postawię sobie tak bardzo nierealnych celów, nigdy. Bo silnie uwierzyłam w coś, co nie miało prawa się udać i teraz przez to cierpię. Nie to, co firma. Na początku nie spodziewałam się niczego, przeczuwałam jej szybki koniec, a bardzo prędko stała się popularna. No, ale teraz i tak wszystko zaczyna się pieprzyć, więc co to za różnica? Zostanę i bez chłopaka, i bez pracy, i w ostateczności ponownie bez pieniędzy. Jeśli nie uda mi się uratować firmy, czas szukać jakiejś innej pracy.
Sięgnęłam po kolejny kawałek wiśniowej czekolady, nie odrywając wzroku od ekranu, na którym był teraz KJ Apa w filmie 'Last Summer'. Mogłabym wrócić do takich czasów nastoletnich, jednak czasu już nie da się cofnąć.
Rozdzwonił się mój telefon, na co tylko westchnęłam i zatrzymałam film. Nie dzwonił tyle czasu, to po cholerę dzwoni teraz? Byłam pewna, że już zrozumiał, że nie chcę w ogóle rozmawiać. Jednak, gdy sięgnęłam po smartfona, aby po raz kolejny tego dnia zerwać połączenie, zobaczyłam, że to wcale nie Louis dzwoni, a Zayn.
- Czego, Malik? Teraz mój wspaniały chłopak nasłał na mnie policję? - zakpiłam, odbierając.
- Nie wygłupiaj się, Miller. Ja w wasze sprawy się nie mieszam.
- To po cholerę do mnie dzwonisz?
- Musisz przyjechać i pomóc nam w akcji – wyjaśnił.
- Nie – odpowiedziałam automatycznie.
- Jones ze swoimi ludźmi przejęli cały nasz towar. Nie mamy dragów na sprzedaż.
- Przykro mi w takim razie, ale ja nie przyjadę.
- Cassandra, nie mamy wystarczająco ludzi. Niall leży chory i nie ma opcji, żeby jechał. Nie ma w Londynie trzech chłopaków i nie wiadomo też, czy Louis również pojedzie.
- Dlaczego miałby nie jechać? To on wami rządzi i jest na każdej akcji.
- Tak, na każdej, chyba aż do teraz. Odkąd od nas wybiegłaś, poszedł do siebie i już się nie ruszył stamtąd. Nie wychodzi ze swojej sypialni i nawet z nami nie gada. Tylko wyszłaś i automatycznie przestał się interesować sprawą z Jonesem. Jednym słowem: ma wszystko w dupie. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak się zachowywał jak po tej rozmowie z tobą.
I wtedy coś do mnie trafiło, coś mnie poruszyło. Może rzeczywiście jestem dla niego ważna? Odsunął nagle od siebie sprawy gangu przeze mnie. Nigdy tego nie robił. Czy może naprawdę zareagował tak źle na naszą rozmowę?
Czego ja innego mogłam się spodziewać? Zapytał, czy z nim zrywam, a ja mu nie odpowiedziałam. I teraz chyba żałuję, że nie dopowiedziałam i postawiłam go w takiej sytuacji.
- Nie przyjadę – wymamrotałam słabo.
- Miller! - syknął poirytowany.
- Nie – powtórzyłam.
- Musimy odzyskać nasz towar, a nie ma kto jechać. Chcesz, żeby nas wszystkich powybijali? Jest nas za mało.
- Poradzicie sobie, jesteście profesjonalistami. Ja nie mogę jechać – odpowiedziałam cicho. Przecież z tą pieprzoną kostką nawet się nie ruszę.
- Ogarnij się, Miller! Potrzebujemy cię. Tomlinson nie wyrzuci cię z gangu, bo nie ma powodu. Nawet, jeśli mówiłaś o nas, co mówiłaś. Rozumiemy, że było to pod wpływem gniewu skierowanego do niego i nie chciałaś nas...
- Nie chodzi o to...
- To jeśli nie, to rusz tu swoją dupę!
- Nie! Nie mogę nigdzie jechać, nie rozumiesz?!
- Cassandra, do cholery!
- Zostawcie mnie wszyscy w spokoju! - Rzuciłam telefonem o pościel i skrzyżowałam ręce na piersiach. Spojrzałam zdenerwowana na ekran laptopa i widząc całujących się aktorów, mimowolnie się rozpłakałam i trzasnęłam klapą urządzenia.
Dlaczego ja mam tak popieprzone życie? Nawet mój związek nie wiem, czy ma jeszcze jakieś szanse.

***

Czwartek zakończył mi się samotnie, a kolejny dzień wcale lepszy nie jest. Od samego rana nie robię nic pożytecznego i tak na dobrą sprawę, to ja już się nudzę. Nie wyszłam z domu,, jedynie Kelly wcześniej do mnie zadzwoniła, ale też nie wpadła, bo jest już pochłonięta organizacją ślubu. Tak, trzy miesiące przed. Tylko że wciąż nie wybrała sukni i powinnam jej w tym w końcu pomóc, żeby nie było tak, że zostanie bez niej na ostatnią chwilę.
Coraz częściej mam wrażenie, że pogoda dostosowuje się do moich uczuć i towarzyszącym nim sytuacji, bo leje już od samego rana i nie zanosi się na to, żeby przestało. Ale co to mi za różnica? Do końca dnia zostało i tak zaledwie kilka godzin, ja nie mogę wychodzić, więc mało mnie to obchodzi.
Leniwym wzrokiem wpatrywałam się w kolejny film na ekranie mojego laptopa, aż nie rozległ się dźwięk dzwonka. Odetchnęłam głęboko i zatrzymałam wideo, a następnie przymknęłam klapę komputera. Wyprostowałam się, stanęłam na nogi i powoli, lekko kulejąc, skierowałam się do drzwi. Za nimi nie zobaczyłam nikogo innego jak Louisa Tomlinsona we własnej osobie. Och, jednak się do mnie pofatygował. No cóż, minęła ponad doba... szczerze mówiąc, sądziłam, że resztę wieczoru w dalszym ciągu spędzę sama.
- Nie powinieneś być na swojej imprezie? - zapytałam niewzruszona, unosząc brwi, gdy oparłam się bokiem o futrynę i zobaczyłam jego wyraz twarzy i postawę, wyrażającą, jak myślę, wyrzuty sumienia.
Był lekko przygarbiony, głowę miał spuszczoną, z jego mokrych po deszczu włosów skapywały krople wody i wzrok podniósł zaraz po tym, gdy przed nim stanęłam.
- Nie jest ważniejsza od ciebie – powiedział przyciszonym głosem, ukazującym widoczną skruchę. Mówił tak cicho, jakby bał się tego, jak mogę zareagować.
Nie miałam zamiaru krzyczeć ani też płakać czy sprawiać, by brał mnie na litość.
- Czyżby? - zakpiłam, zagryzając policzek od środka.
- Imprezy są co dwa tygodnie, nie potrzebuję ich tak bardzo jak ciebie. Wiesz o tym, Cass...
- Nie wiem, Louis. Skąd mam to wiedzieć? Ostatnio nie pokazałeś mi za dobrze, by tak było. Coraz rzadziej czuję, żebym była ci potrzebna. Nie jestem pewna, czy zależy ci na mnie tak samo jak na początku naszego związku. Może to i moja wina, ale...
- To nie była nigdy twoja wina – natychmiast mi przerwał i pokręcił głową. - To przeze mnie cały czas się kłócimy i... - Zwiesił głowę i na chwilę przerwał.
Dostrzegłam, że patrzy na moją kostkę w stabilizatorze.
- I to przeze mnie masz teraz uszkodzoną nogę i...
- Myliłeś się, mówiąc, że nic mi nie będzie. 
- Już rozumiem, dlaczego nie przyjechałaś na akcję.
- Ty podobno też nie jechałeś – wtrąciłam, ale on jakby tego nie usłyszał albo po prostu to zignorował.
- Co się tak właściwie z nią stało? Byłaś u lekarza? To coś poważnego?
- Skręcona, średnio... Właściwie, to skręcenie drugiego stopnia. Częściowo zerwało się wiązadło i torebka stawowa. Powinna szybko się wyleczyć, ale i tak niesamowicie boli. Jutro ponownie idę do lekarza.
- Przepraszam...
- Jest za co – przyznałam bez ogródek.
- Przepraszam za moje zachowanie, nie powinienem...
- Lepiej wejdź do środka – przerwałam mu, dostrzegając wychodzącą sąsiadkę z drzwi na przeciwko, starą plotkarę, której nigdy nic nie pasuje.
Louis zauważył, że patrzę za niego i również spojrzał w tamtą stronę, więc natychmiast pociągnęłam go za rękę do mieszkania i od razu zamknęłam za nami drzwi.
- Czego się napijesz? - zapytałam, idąc powoli do kuchni, lecz zaraz zostałam przez niego zatrzymana. - Co? - Popatrzyłam na niego zmęczonym głosem.
- Zrobię nam coś do picia, ty siadaj i nie przeciążaj kostki.
- Nagle się o nią martwisz? Szkoda, że nie zainteresowałeś się nią, gdy wracałam rowerem, musiałam kierować samochodem i jakoś pojechać do szpitala – powiedziałam niezbyt grzecznie i wyminęłam go. W kuchni jednak usiadłam przy wyspie kuchennej i na chwilę zrezygnowałam z robienia nam jakiegokolwiek napoju.
- Cass, żałuję tego, co się wydarzyło – odezwał się szatyn, gdy ponownie do mnie podszedł. - Nie chciałem tego powiedzieć, naprawdę. Nie chciałem cię skrzywdzić, nie umyślnie. Nigdy nie chciałem, abyś cierpiała. Wiesz, że często mówię nieświadomie różne głupstwa i tak jak mówiłaś, moje zachowanie non stop się zmienia jak jakaś huśtawka nastrojów.
- I właśnie chyba powoli zaczyna mnie to przerażać... - mruknęłam.
- Wiem, że nic, co powiem, nie usprawiedliwi mnie, ale wybacz mi. Jestem świadomy tego, że źle postąpiłem. Nie powinienem był w ogóle odbierać tego telefonu, jak obiecałem. Zdaję sobie sprawę z tego, że kolejny raz spieprzyłem po całości, a ciebie zepchnąłem na dalszy plan w jednej sekundzie.
- Rozumiem, nie jestem najważniejsza i nie jestem jedyną, i nigdy nie będę – wymamrotałam bezsilnie, odwracając wzrok do okna.
- Cass, gang nie jest najważniejszy dla mnie, ty jesteś, naprawdę. Jesteś najważniejsza na świecie. Pojawiło się tylko coś, co było wyjątkowo pilne, coś co zagrażało też twojemu bezpieczeństwu i... pojechałem do domu, żeby jakoś temu zaradzić i to ciebie przy tym chronić, nie chodziło tylko o ten towar. Ale tak, ty też masz rację. Powinienem był ci powiedzieć, o co dokładnie chodzi, powinienem choć zapytać o kostkę albo sprowadzić kogoś, żeby po nas przyjechał i żebyś nie nadwyrężała nogi, ale... nie pomyślałem, jestem głupi. Miałaś całkowitą rację, mówiąc to, co powiedziałaś, jak zawsze. To ja tylko to wszystko niszczę . - Zwiesił głowę i za chwilę ujął moją dłoń w swoją. - Przemyślałem to wszystko, dość dobrze. Nie powinienem tak się zachować, tak dziecinnie, przepraszam.
- Dobrze chociaż, że widzisz swój błąd – odpowiedziałam, zabierając swoją rękę i wstając od wyspy kuchennej.
- Nie wstawaj, ja to...
- Przestań – ucięłam, podchodząc do szafki z naczyniami, uciszając go też tym na chwilę.
Gdy wyjęłam dwie wysokie szklanki, znów się odezwał:
- Powiedziałem też pod wpływem emocji coś w kwestii gangu, ale... nie wyrzucę cię, oczywiście.
- A dla mnie kwestia gangu jest już obojętna – odpowiedziałam szczerze, otwierając lodówkę. - Mogłabym w nim być albo i nie. - Wyjęłam dzbanek z sokiem z mango i postawiłam go na blacie.
- Czyli, że to ty sama chcesz odejść?
- Tego nie powiedziałam. - Pokręciłam głową. - Nie odchodzę, ale jak mnie sam wyrzucasz, to nie będę tak bardzo rozpaczać jak myślałam – dodałam, napełniając szklanki.
- Nie mam zamiaru cię wyrzucać, powiedziałem to pod wpływem emocji – powtórzył.
- Wiem. Jak wszystko, co mówisz, gdy jesteś zdenerwowany – westchnęłam, odstawiając naczynia na blat i odwracając się do niego. - Posłuchaj, zależy mi na nas, dlatego wczoraj się wkurzyłam i zaczęłam z tobą kłócić. Zależy mi na tobie i gdy milczysz, tak jak wczoraj, tak jak wtedy po wypadku, mam wrażenie, że się mną już znudziłeś i chcesz odejść. Nie potrafię być z kimś, kto ze mną nie rozmawia, z kimś, komu non stop zmieniają się humory i z kimś, kto w jednej sekundzie potrafi sprawić, że czujesz się nic niewarta i myślisz, że może to jednak twoja wina, więc zaczynasz zastanawiać się, co zrobiłaś źle, a potem dochodzisz do wniosku, że jednak to nie ty zawiniłaś i... nie wiesz sama, co masz zrobić, by twój związek był lepszy, był zgodny...
- Zrobię wszystko, by był lepszy, dla nas obojga, przyrzekam – wtrącił, lecz ja kiwnęłam jedynie głową, nie biorąc sobie tych słów do serca i wzięłam w ręce obie szklanki, jedną podając szatynowi. - Obiecuję, że się zmienię, postaram, dla ciebie. Z twoją pomocą będę próbował się zmienić, ale to bardzo trudne. Nie będę już taki wredny, będę bardziej się pilnował, bo nie chcę cię stracić. Poza tym... miałaś mnie przecież bić, kiedy przesadzę...
- Nie chcę uciekać się do przemocy, ale chyba w końcu nie będę mieć wyboru.
- Pozwalam ci na to. Muszę się zmienić, nie mogę być tyranem i wciąż cię krzywdzić. Pomóż mi w tym – poprosił, patrząc mi w oczy.
- Kocham cię. Kocham cię i wciąż chcę być z tobą, ale boję się, że będę cierpieć. Ludzie się nie zmieniają od tak, Louis. Twoje zachowanie daje mi powody do obaw. Boję się, że nadal, mimo tych swoich obietnic, będziesz się na mnie wyżywał i krzyczał. I nie chcę związku, w którym ja coś robię, a ty nawet się nie odzywasz.
- Ale... nie zerwiesz ze mną, prawda? Jesteś całym moim światem, jesteś...
- Więc dlaczego tak mnie potraktowałeś? - przerwałam mu, a on ponownie spuścił wzrok na swoje ręce, ułożone na szklance, jakby rzeczywiście gryzło go sumienie.
- Mówiłem... jestem idiotą...
- Chodź. - Odetchnęłam głęboko i złapałam go za rękę, a wtedy on spojrzał na mnie pytającym wzrokiem. - Powiem ci. Powiem ci o wszystkim. O wszystkich tajemnicach. Powiem ci, żebyś zdał sobie sprawę, że tak naprawdę przez całe życie nie mam dobrze, a to, co zrobiłeś wczoraj, rzeczywiście mnie zraniło. I to chyba ten etap w naszym związku, w którym powinieneś wiedzieć o pewnych rzeczach. Powiem ci, żebyś wiedział, że dla mnie też życie było i jest okrutne, i że los najwyraźniej mnie nienawidzi. Wczoraj powiedziałeś, próbowałeś wmówić mi, że tego nie rozumiem, a ja rozumiem to aż za bardzo. Całe życie doświadczam zła i bądź świadomy, że mi nigdy nie było dobrze. - Skierowałam nas do wyjścia z kuchni, ale on nadal na mnie patrzył, nic nie rozumiejąc. - Powiem ci teraz o wszystkim, co skrywam i co powinieneś wiedzieć. Chodź. - Pociągnęłam go na kanapę, a on wcale się nie opierał.
Nadszedł moment, na który czekam nie tylko te kilka miesięcy, ale też... 3 lata.

***


__________________________________
Rozdział prawdopodobnie zawiera błędy, ponieważ nie mam wystarczająco czasu jak kiedyś, by jeszcze sprawdzać dokładnie to wszystko. Rozdziały na razie będą pojawiać się w odstępie 2-3 tygodni, bo po prostu nie wyrabiam się ze szkołą. Chciałabym częściej tu coś wstawiać. Gdybym miała więcej czasu, już dawno skończyłabym tą książkę, ale na razie nie da się tego zmienić.

Jedno pytanie: Czy końcówka budzi zainteresowanie?
/Perriele rebel