12 stycznia 2019

ROZDZIAŁ 20. 'JAK MOGŁAŚ TAK DAĆ WKRĘCIĆ SIĘ?'


*Cassandra*

Cały czas myślę nad jednym. Nad tym, co uświadomiłam sobie w tym tygodniu, w przeciągu siedmiu dni, odkąd znów po przerwie spotkałam się z Tomlinsonem. A mianowicie rozmyślam o tym, że gdyby ten człowiek nie skontaktował się ze mną ponownie ponad 2, czy nawet 3 miesiące temu, to nie pociągnęłoby za sobą serii innych zdarzeń. Gdyby się ze mną nie skontaktował, nie przypomniałabym sobie o nim ponownie. Gdyby nie zadzwonił, nie napadłabym z nimi na bank. Gdybyśmy się znów nie spotkali, tamten gang nie śledziłby moich bliskich. Gdyby nie ci ludzie, moja mama nie dostałaby zawału... Wszystko byłoby dobrze, ale musieli mnie znaleźć.
Idąc do tyłu, wszystko sprowadza się do Tomlinsona. To jego wina, po części. Wszystko zaczęło się od jego pieprzonego telefonu tamtego dnia. Ale do niego też by nie doszło, gdybym nie poznała go kilka lat temu w Stanach. Gdyby mój poprzedni gang nie przedstawił mnie jemu. Gdyby... No właśnie... Gdybym go nie poznała, nie doświadczyłabym tylu przykrych rzeczy w moim życiu, a moja rodzina naprawdę byłaby bezpieczna. Ale czy jest jakikolwiek sens, żeby go o to obwiniać? Już jest za późno, już się stało. Czasu się nie cofnie, a teraz może być tylko lepiej bądź gorzej. Albo... gorzej... Ale tak jak wiele rzeczy przed nim ukrywam, tak i tego też mu nie powiem, zachowam to dla siebie.
Mimo, że widzieliśmy się w tym tygodniu jedynie ze dwa razy, nie mogę go o nic winić, bo w dalszym ciągu nie jest w najlepszym stanie. Jego psychika jakby była w niektórych miejscach uszkodzona. I jest z tego powodu trochę mi go żal, współczuję mu. Coś lub KTOŚ musiało odcisnąć duże piętno w jego głowie. I obawiam się, że to ma związek z tym, że kogoś mu przypominam, że wyglądam tak samo. Chociaż sama nie mam pojęcia, jak to jest możliwe. Sobowtór? Klon? Magia? Musi być na to jakieś logiczne wytłumaczenie.
I sama często nie wiem, jak się zachować, kiedy on ma omamy. Czasem mam ochotę aż krzyczeć, by nie robił tego po raz kolejny, by zobaczył, że to ja – Cassandra, a czasem po prostu czuję, że lepiej jest wszystko przemilczeć, ale tak się nie da. Tylko zastanawiam się, ile to jeszcze będzie się ciągnąć, ile to wszystko będzie jeszcze mnie dręczyć. Na razie minęły aż dwa miesiące. Albo: aż dwa miesiące. Jak długo to jeszcze będzie trwać? Na co mam się szykować? Nie znoszę, kiedy ktoś mnie okłamuje, nie wytrzymuję tego, a ten człowiek nieustannie coś przede mną ukrywa.
A co robię ja? Oczywiście, siedzę w firmie, ale jest piątek, więc jeszcze tylko kilka godzin i wracam do domu. Nawiązując do innego tematu: co zrobił Tomlinson, by ochronić moją rodzinę? Oczywiście to, co dało się przewidzieć. Kiedy mama zadzwoniła, że znów ich obserwują, wysłał do domu moich bliskich połowę gangu, by wykurzyć stamtąd tamtych ludzi, a Zayn pojechał, by pokazać mojej mamie, że to właśnie ci moi 'przyjaciele z policji'. Pokazał jej swoją odznakę, więc uwierzyła i nie zadawała zbędnych pytań, a widok broni w ich rękach w tej sytuacji jej nie zadziwił. Dodatkowo, chłopaki zamontowali na zewnątrz ukrytą kamerę i można teraz kontrolować, co tam się dzieje. I mimo, że tylko przegonili tych ludzi i wciąż jest ryzyko, że wrócą, jestem im ogromnie wdzięczna, że tak zaangażowali się w tą sprawę i pomogli mi, mojej rodzinie. Sama nie zrobiłabym nic i może tylko znalazłabym się w większym niebezpieczeństwie. A dlaczego doszło do tego, że ten gang stalkuje teraz moich bliskich? Tego też nie wiem w 100%, bo Louis nic nie chce mówić, ale czuję po prostu, że tak naprawdę to chodzi im o mnie. Skoro myślą, że ja jestem tą... Natalie, to teraz śledzą moje życie, tym samym moją mamę, moje rodzeństwo i chyba nie do końca zdają sobie sprawę z tego, że ja nie jestem tą osobą. Nawet jej nie znam! To jakiś paradoks. A z tego, co wiem, to nie mam zaginionej bliźniaczki.
Mozolnie wpisywałam kolejne dane do laptopa, rozłożona na fotelu do granic możliwości, a gdy usłyszałam pukanie, nie miałam nawet zamiaru się wyprostować czy chociażby trochę normalniej usiąść.
- Wejść – powiedziałam, nie odrywając wzroku od ekranu. Dopiero, gdy drzwi się otworzyły i kątem oka zauważyłam Kelly, popatrzyłam w innym kierunku. O razu dostrzegłam pudełko, które trzymała w ręku.
- Cześć, kobieto przedsiębiorcza – przywitała się, zamykając za sobą drzwi. Momentalnie uśmiechnęłam się na to określenie. - Zamykaj laptopa, dzwoń po mojego narzeczonego i robicie sobie trochę przerwy.
- Emm... A z jakiego to powodu? - Uniosłam brwi, przyglądając jej się.
- Mam ciasto. - Podniosła wyżej pudełko i tym samym dowiedziałam się, co jest w środku. - Coś na osłodę dnia. - Postawiła karton na biurku, powiesiła torebkę na oparciu jednego z dwóch foteli i zaraz na nim usiadła.
- No, to skoro tak, to innego wyboru nie mam. - Wcisnęłam jeden z przycisków na interkomie. - Tristan, do mojego gabinetu, w tym momencie – powiedziałam groźnym głosem i od razu się rozłączyłam, by brzmieć bardziej przerażająco i zaraz po tym się zaśmiałam, z powrotem rozkładając się na fotelu.
- Wredna jesteś, wiesz? - Kelly zaśmiała się równo ze mną, otwierając niemałe pudełko.
- Wiem – przyznałam z szerokim uśmiechem.
Patrzyłam na jej poczynania i widziałam, jak wyjmuje z pudełka mniejsze, plastikowe, przezroczyste opakowanie z ciastem, a potem trzy małe talerzyki i do tego widelce.
- Eee... przepraszam cię, ale skąd ty masz naczynia? - Wskazałam na szkło, patrząc nieco podejrzliwie na nią.
- Jak to skąd? Byłam w waszej kuchni – odpowiedziała jakby nigdy nic.
- No tak, zapomniałam, że ty przecież czujesz się tu jak u siebie. - Uniosłam brwi, odwracając wzrok w inną stronę.
I właśnie w tej chwili, bez pukania, do pomieszczenia wszedł Tristan, gwałtownie zamykając za sobą drzwi. Widziałam, że jest niespokojny. Popatrzyłam na niego jak na idiotę, jeszcze nic nie mówiąc.
- Nic nie zrobiłem, więc chociaż się na mnie nie drzyj – od razu nakazał, a dopiero potem zauważył blondynkę, która odwróciła się w jego kierunku. - Kelly? Co wy dwie spiskujecie przeciwko mnie?
- Hej, kotku. Koniec pracy. - Popatrzyła na niego zwycięsko.
- Brałaś coś? - zapytał podejrzliwie, powoli do niej podchodząc.
- O Jezu. - Wywróciła oczami. - Po prostu siadaj. - Poklepała fotel obok. - Ciasto przyniosłam – wyjaśniła, a on od razu usiadł na wolnym miejscu.
- Sama piekłaś? - spytałam, kiedy otwierała pojemnik z wypiekiem.
-No pewnie, że sama – przyznała.
- Widać, że się nudzi w domu, kiedy ma wolne, nie? - mruknął Tris.
- Nie otrujesz mnie? - Popatrzyłam zaniepokojona na nią.
- A weź ty przestań. Czy ja kiedykolwiek kogokolwiek otrułam?
- Nie wiem. - Wzruszyłam ramionami. - No wiesz, dawno nie gotowałaś. Nie chcę nic mówić, ale mogłaś o czymś zapomnieć czy coś...
- O niczym nie zapomniałam, jasne? - Uśmiechnęła się sztucznie. - Gdybym chciała cię otruć, dosypałabym trutki na myszy albo zrobiłabym to już dawno – automatycznie mnie zgasiła.
- No wiesz... - Urażona zmarszczyłam czoło, robiąc smutną minę. - Ja na miejscu Tristana, to bałabym się chyba każdego dnia – znów wypaplałam, co przyszło mi na myśl, a gdy Kelly spojrzała na mnie groźnym wzrokiem – udałam, że nic takiego nie powiedziałam. Jakim cudem ona jeszcze ze mną wytrzymuje?
- Powinnam ukatrupić cię już dawno temu – odpowiedziała, wykładając ciasto na talerzyki, a w tym samym momencie rozdzwonił się mój telefon.
- Powinnaś, ale byłabyś już w więzieniu. - Uśmiechnęłam się, odbierając połączenie, jak zwykle nie patrząc, kto dzwoni. - Tak?
- Masz wolny wieczór? - usłyszałam w słuchawce i zmarszczyłam brwi.
- Chwila... Kto mówi? - zapytałam, nie mogąc rozpoznać głosu po drugiej stronie.
- No ja, Louis – westchnął. - Czy ty kiedykolwiek patrzysz, kto dzwoni?
- No jasne, że tak – prychnęłam. - Tylko najczęściej pada akurat na ciebie. Wtedy właśnie nie patrzę na nadawcę. I to mój błąd, gdy nie robię tego – wymamrotałam ostatnie zdanie i odkręciłam się na fotelu w stronę okna.
- Pewnie połowę połączeń ode mnie byś odrzuciła, nie? - Usłyszałam rozbawienie w jego głosie, nim sama zdążyłam to powiedzieć.
- Może – odpowiedziałam dwuznacznie. - Ale chyba nie po to dzwonisz, co?
- Oczywiście, że nie. Na samym wstępie zadałem ci pytanie. Sądzę, że powinnaś je pamiętać. Chyba, że naprawdę masz taką słabą pamięć.
- Mówiłeś? - Zmrużyłam oczy, cofnęłam się myślami do chwili, gdy o coś mnie pytał, ale nic sobie nie przypominałam. - No tak. Ale... Dobra, mógłbyś mi jednak powtórzyć to, o co mnie pytałeś? - Podrapałam się zażenowana w głowę.
- Wiedziałem. - Zaśmiał się. - Pytałem, czy masz wolny wieczór? - powiedział odrobinę ciszej, a w mojej głowie pojawiła się dziwna myśl i zawładnął mną niepokój. Czy to jest to, o czym ja myślę? Czy ja raczej źle usłyszałam? Nie, to jest na pewno to drugie. On nie może... Nie, to tylko przyjaciel.
- Czy tobie chodzi o randkę? - wydukałam nagle, przełykając głęboko ślinę.
Czułam, jak z mojej twarzy odpływa krew, przeszły mnie dreszcze i w tej chwili niesamowicie cieszyło mnie to, że nie patrzę się wprost na Tristana i Kelly, tylko w okno, bo byłoby źle. Chociaż już teraz słyszę, jak przestali nagle rozmawiać i czułam, że się na mnie gapią, a co gorsze – wywiercają we mnie dziurę wzrokiem. A jeszcze bardziej dobijająca była cisza w słuchawce, która strasznie mi się dłużyła.
- Czy ty... nie wyobrażasz sobie czasem za dużo? - zapytał dziwnym głosem, ale momentalnie mi ulżyło i zamknęłam oczy.
Nie wiem, czemu tak się przestraszyłam. Czy boję się tego, że ktoś mnie weźmie na randkę, a ja nie jestem na to jeszcze gotowa po Nicku? Czy raczej, że zrobi to Louis Tomlinson? Albo może boję się, że mogę poczuć coś więcej...
- Tak to zabrzmiało. Myślałam, że...
- A chcesz? - Usłyszałam niespodziewanie i z wrażenia otworzyłam szeroko oczy.
Po cholerę ja się odzywałam? Czy jeden jedyny raz mogę nie mówić za dużo? Zawsze, Cassandra, zawsze w coś się sama wpakujesz, a potem oczywiście winisz o to siebie. Naucz się być w końcu cicho.
- Nie mówisz tego poważnie. - Nerwowo się zaśmiałam.
- Jak najbardziej poważnie. - Usłyszałam jego czarujący głos. Czarujący? Weź ty się w łeb palnij, Cassandra!
Na szczęście jego propozycja nie zawładnęła moim umysłem i była jeszcze szansa, by to wszystko odkręcić.
- Nie, nie – szybko zaprzeczyłam wszystkiemu. - Ja nic nie mówiłam – wyparłam się.
- Pytałaś, czy to randka. Więc jak będzie? Boisz się?
- Ciebie? Ta, jasne. Bardzo śmieszne. - Ponownie zaśmiałam się w ten sam sposób.
- Nie mnie. Raczej tego, co możesz poczuć – odpowiedział uwodzicielsko.
Jakim cudem ten facet mnie przejrzał? Jakby siedział w mojej głowie; telepatia.
- Dobra, wiesz co? Może przejdziesz do konkretów?
- Przyznaj, że to na ciebie wpłynęło. Przyznaj, że podziałały na ciebie moje słowa. I przyznaj, że zrobiłaś sobie nadzieję.
- Co takiego? - Zachłysnęłam się powietrzem. - To to nie było na poważnie?
- Po części sprawdzałem, jak zareagujesz i czy jestem w stanie kontrolować twój umysł – wyjaśnił. - Panowałem nad twoimi myślami, miałem je w garści. Jeszcze chwila, a byś się zgodziła.
- Nie, nieprawda – zaprzeczyłam.
- Prawda.
- Nie – zaczęłam się wykłócać, gdy nerwy wzięły nade mną górę.
- To dlaczego cały czas zaprzeczasz? Nie byłabyś w stanie mi odmówić. To nic strasznego, że mogłaś coś poczuć, Cassandra.
- Możemy pogadać o tym, czego chciałeś ode mnie wieczorem? - wycedziłam przez zęby nieco poirytowana. Poprawka: bardzo poirytowana, biorąc pod uwagę to, że na moje policzki wpłynął gorący rumieniec. - Właściwie, to dlaczego ty ciągniesz ten temat? Czyżbyś to ty coś poczuł? - zapytałam, odzyskując zdrowy rozsądek.
Uśmiechnęłam się zwycięsko, gdy nie usłyszałam odpowiedzi. Zatkało go? I bardzo dobrze, o to chodziło. Ale dlaczego mnie to cieszy? A jeśli on na poważnie coś poczuł? Nie, nie, nie... Ja się już nie umawiam, nie. Poza tym, co mi strzeliło do głowy, żeby o tym myśleć? Albo pytanie: kiedy? Kiedy coś takiego strzeliło mi do głowy? Przyjaźnimy się tylko, do niczego więcej nie dojdzie. NIGDY.
- Zabijasz mnie moją własną bronią – odparł po chwili. - Chciałem cię zaprosić na dzisiejszą imprezę, ale po naszej rozmowie sądzę, że raczej nie przyjdziesz – westchnął, a mnie coś ruszyło. Nie jest ze mną dobrze, okej?
- Jest co dwa tygodnie, więc nie musisz dzwonić, by mnie o niej informować.
- Wiem, ale... to trochę większa impreza niż zwykle. Będzie więcej ludzi.
- Z jakiego powodu?
- Świętujemy z Harrym i Cindy zakończenie jednego z większych i ważniejszych projektów. Taka impreza w nagrodę, bo będą wszyscy moi pracownicy.
- Ale styl imprezy się nie zmienia, tak? - Chciałam się upewnić.
- Nie, to taka sama impreza jak zawsze, tylko więcej ludzi niż zazwyczaj. Chciałem, byś przyszła, po prostu. Nie musimy ze sobą gadać...
- I tak jak zawsze zaczynacie o dziewiętnastej? - zapytałam, zagryzając dolną wargę.
- Tak, pamiętasz. - Zaśmiał się, a mi pojawiło się w głowie wspomnienie z ostatnie imprezy u nich, a właściwie mojej pierwszej i jedynej do tej pory. Kiedy nawaliłam się tak mocno, że musiał odwieźć i zanieść mnie do łóżka. I to był właśnie pierwszy raz, gdy nie pamiętałam poprzedniego dnia.
- Pojawię się – powiedziałam po chwili zastanowienia.
- Na serio? Możesz zabrać ze sobą przyjaciół, jeśli chcesz. Nie uznasz wtedy, że to randka czy...
- Zrozumiałam, Louis – przerwałam mu, czując narastające zażenowanie. - Do wieczora.
- Do zobaczenia – odpowiedział łagodnie, a po tym się rozłączyłam.
- Idziemy na imprezę, moi przyjaciele – powiedziałam podekscytowana, odkręcając się na fotelu w kierunku Kelly i Tristana, którzy gapili się na mnie ze zdziwionymi minami.
- Możesz nam powiedzieć, co to za randka? - zapytała Kelly.
- No więc... Ludzie, ale nie ma żadnej randki. - Odłożyłam na biurko telefon i chwyciłam za widelec, by zacząć jeść ciasto, ale nie dane mi było tego uczynić.
- Przepraszam cię, ale ja jeszcze nie jestem głuchy i wiem, co słyszałem – odezwał się Tristan. - I to z niejakim Louisem – dodał.
Musiałam wstrzymać się z jedzeniem, bo wiedziałam, że nie dadzą mi spokoju, jeśli się nie dowiedzą.
- To ten przestępca ze Stanów, o którym nam mówiłaś? - zapytała Kelly.
- Ten, z którym jesteś w gangu? - dodał Tristan, a ja westchnęłam.
- Tak, to ten, ale nie będę wam 50 razy powtarzać, że to nie jest randka.
- No to czego usłyszeliśmy to słowo z twoich ust? - zapytał mój przyjaciel.
- Bo wszystko opacznie zrozumiałam i tyle – wyjaśniłam, unosząc wzrok do sufitu.
- Jak to? - drążyła Kelly.
- O Jezu – jęknęłam, przecierając dłońmi twarz. - Zapytał, czy mam wolny wieczór, a powiedział to takim głosem, że coś mi się pomieszało w głowie. A że on uwielbia mi dogryzać, to nie zszedł z tematu, dopóki nie zorientowałam się, że nie mówi tego poważnie – wytłumaczyłam.
- I to tyle? - zapytała podejrzliwie blondynka.
- No, tak. A myślałaś, że co? Nieporozumienie, po prostu. - Wzruszyłam ramionami.
- A czy ty przypadkiem niczego do niego nie czujesz? - usłyszałam, gdy drugi raz zabierałam się za jedzenie, ale musiałam to ponownie odłożyć na później, bo nie dowierzałam jej słowom.
- Posrało cię, Kelly? - zapytałam, przyglądając się jej szeroko otwartymi oczami.
- Nie, nie posrało. - Sztucznie się uśmiechnęła. - Często z nim wychodzisz, spotykacie się, dzwonicie do siebie i przysłał ci w dodatku prezenty na urodziny – wyliczała, a ja pragnęłam tylko, by w końcu się zamknęła.
- Co takiego? - odezwał się Tristan. - Nie mówiłyście nic o tych prezentach. Widzę, że jest grubo. - Zagwizdał, co spowodowało, że ścisnęłam mocniej szczękę.
- Nic mnie nie łączy z tym facetem, jasne? - wybuchłam. - To tylko przyjaciel i nic więcej, współpracujemy razem.
- To teraz to przyjaciel – zdziwiła się dziewczyna. - Tylko czekać, kiedy nazwiesz go swoim chłopakiem.
- Nic mnie z nim nie łączy – powiedziałam twardo. - Ja się nie umawiam, okej?
- Jak to się nie umawiasz? - Skrzyżowała ręce na piersiach. - Chora jesteś czy jak?
- Nie chcę być teraz w związku. Rozumiecie mnie czy się nie da?
- O tak. - Pokiwał głową Tris. - Tylko tak mówisz. W głębi serca pragniesz być z kimś. Nie zaprzeczysz – stwierdził.
- Dobra, wiecie co? Mówcie sobie, co chcecie, ale nic nie czuję do tego człowieka i tak pozostanie – skapitulowałam. - I dajcie już z tym spokój. Ja chciałam was tylko zabrać na imprezę, bo mnie zaprosił.
- On cię zaprosił? - Kelly znów się ożywiła, a ja przytaknęłam. - Mówiłam, że to randka! - pisnęła.
- To nie jest randka, bo zaprosił mnie z przyjaciółmi! - Rzuciłam w nią zakreślaczem, który miałam pod ręką. - A jeśli byłaby to randka, to nawet bym na nią nie poszła.
- A to niby dlaczego? - zapytała, rozmasowując nos, w który uderzyłam ją pisakiem.
- Bo się na razie nie umawiam – powtórzyłam wyraźnie. - Ile razy mam to jeszcze tłumaczyć?
- Ja tam wiem swoje – wymamrotała, a ja głęboko odetchnęłam, by ponownie nie wybuchnąć.
- Pójdziecie ze mną? - zapytałam już spokojniej po chwili. - Ja i tak pewnie pójdę, ale fajnie byłoby, gdybyście też się ze mną zabrali – dodałam.
- A powiesz coś więcej o tej imprezie? - odezwał się Tristan, zabierając się za ciasto.
- Jest zawsze co 2 tygodnie u niego w domu, o dziewiętnastej. Mieszka w pieprzonym pałacu ze swoim gangiem, więc jego imprezy są ogromne. A dziś coś świętują i chcieli, bym przyszła.
- Ja tam mogę iść, chętnie poznam tych ludzi i się zabawię. - Kelly wzruszyła ramionami i również wzięła talerzyk z wypiekiem do rąk, i zaczęła jeść. - Chociaż i tak nie pochwalam tej waszej przestępczości. No i odrobinę się ich boję.
- Nie są tacy straszni, to normalni ludzie. Przecież oprócz gangu mają własne życia i każdy gdzieś pracuje. Tylko pamiętaj, że o gangu prawie nikt, kto będzie na imprezie, nie wie, więc się nie wygadaj przypadkiem, dobra?
- Jasna sprawa – powiedziała z pełnymi ustami.
- A ty? - Kiwnęłam głową na Tristana i wtedy ponownie na mnie spojrzał.
- Nie mam nic przeciwko, ale jest jedno 'ale'. Albo raczej dwa – odparł.
- O co tym razem ci chodzi? - westchnęłam już trochę znudzona tym wszystkim.
- Skoro to wielka impreza, będzie dużo alkoholu... - zaczął, ale nie dałam mu skończyć, bo już wiedziałam, co chce powiedzieć.
- O nie! - Wstałam nagle z fotela, już odrobinę zdenerwowana.
- Co nie? - odezwała się Kelly, nie wiedząc, o co nam chodzi.
- Byłam cały tydzień pracy, od rana do wieczora. Nawet nie popatrzyłam na alkohol, więc dzisiaj mi się należy. I nie próbuj mi tu wmówić, że piję dużo, bo tak nie jest. Nie jestem alkoholiczką i nie piję litrami alkoholu. Owszem, od czasu do czasu mogę się upić, ale nie non stop. Nie piję codziennie, a lampka wina to nic. Nie jestem uzależniona. Rozumiesz to czy nadal mam się rzucać? To nie ja mam problem z alkoholem, to ktoś inny pije tu za dużo. - Spojrzałam na Kelly, a ta otworzyła szeroko oczy i zrobiła przerażoną minę, kręcąc szybko głową, bym tylko nie ujawniła jej tajemnicy. Może nie jest pijaczką, ale częściej to własnie ona przesadza z alkoholem.
- Kto? - przerwał mi Tristan, przypatrując się mojej osobie.
- Nikt, nieważne – szybko to odkręciłam. - Chodzi o to, że nie masz prawa mi tego zakazywać, kiedy wcale nie jest ze mną źle. To ty coś sobie ubzdurałeś.
- Dobra, niech ci będzie – westchnął. - Przyznaję, że może zbyt bardzo to wyolbrzymiłem, ale to dlatego, że się martwię. Nie było tematu, okej?
- No i tak ma być – podsumowałam, poprawiając marynarkę na ramionach. Przysunęłam bliżej fotel i z powrotem usiadłam przy biurku. - A to drugie 'ale'? - zapytałam już spokojniej i teraz naprawdę ukroiłam sobie kawałek tego ciasta i wpakowałam do ust. Od razu poczułam, jak przepyszne jest.
- Miałaś jutro lecieć na konferencję do Nowego Jorku – odparł, biorąc kolejny kawałek deseru do ust, a ja poczułam, że powinnam teraz walnąć się w łeb.
- To jest jutro? - zapytałam z pełną buzią, trochę zaskoczona.
- Tylko nie mów, że zapomniałaś – jęknął.
- No, tak jakby... - Zwiesiłam wzrok, czując się głupio. - O której jest załatwiony lot?
- Powinnaś to wiedzieć, no ale dobra. Lecicie pierwszym samolotem do Stanów, o ósmej rano, lot trwa jakieś 8 godzin. Musisz być na lotnisku ze 2 godziny wcześniej, czyli o szóstej rano, a biorąc pod uwagę strefy czasowe, jak wylądujesz w Nowym Jorku, u nich będzie dwunasta. Konferencję będziesz miała o szesnastej, więc zostanie ci trochę czasu na odpoczynek. No i naturalnie lecicie klasą biznesową – wygłosił formułkę.
- Wow, znasz wszystko lepiej ode mnie. - Uniosłam brwi w zdziwieniu. - Czyli po prostu muszę wyjść dość wcześnie z imprezy, żeby wstać na lot i to wszystko. Przed imprezą się spakuję i zawiozę walizkę do was, bo pewnie tam nad ranem wyląduję. A jak przez przypadek za bardzo się upiję, to wezmę te twoje witaminy czy coś i zawieziesz mnie na lotnisko.
- Ty to wszystko teraz sobie wymyśliłaś, tak? - Popatrzył na mnie zszokowany.
- No teraz, a kiedy niby? Dowiedziałam się przecież dopiero przed chwilą o imprezie i o konferencji.
- Niezła jesteś – stwierdził i wrócił do jedzenia. - Może do czasu konferencji pozbędziesz się kaca – dodał jeszcze.
- Oczywiście, że tak. Wyśpię się w samolocie – wytłumaczyłam. Ty myślisz, że to będzie mój pierwszy raz? Już kilkakrotnie latałam samolotami nie będąc do końca trzeźwa. Poza tym sami dają ci jeszcze szampana – mówiłam pomiędzy kolejnymi gryzami słodkiego wypieku.
- Z kim lecisz? - odezwała się Kelly, więc podniosłam na nią wzrok.
- Emm... O ile pamiętam, to miałam lecieć z Jordyn, bo to moja sekretarka, z menadżerem produkcji i chyba z kimś z księgowości, ale nie jestem pewna.
- No, to akurat powiedziałaś dobrze – potwierdził Tristan, na co się do niego uśmiechnęłam.
- A co to za konferencja? - blondynka ponownie zapytała.
- Hmm... 'Nowoczesne systemy zabezpieczeń'. Tak, Tristan? - zapytałam dla pewności.
- Coś w tym stylu. - Wzruszył ramionami. - A ty w ogóle wiesz, kto ma to prowadzić?
- No właśnie nikt tego nie wie. Jakaś wielka tajemnica czy coś. W sumie, pierwszy raz coś takiego nam się zdarza. Ten gość zaprosił naszą firmę, a nawet nie wiadomo, kim jest. Ukrywa swoją tożsamość, dopiero na konferencji się dowiemy – tłumaczyłam.
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak bardzo się myliłam. Znałam tego człowieka. I to lepiej niżby mogło mi się wydawać...

***

Impreza trwa w najlepsze, a co ja robię? Tańczę z Niallem. I to nie to, że zostałam do tego zmuszona czy coś. Tańczymy już ze 30 minut i naprawdę świetnie się bawię. Nie spodziewałam się, że będę w tak wyśmienitym humorze jak teraz. Może to przez alkohol, a może dzięki towarzystwu blondyna, który naprawdę dobrze potrafi zabawić człowieka. Albo opowiada coś śmiesznego, albo po prostu tak mną wywija na parkiecie, że nie sposób się przy nim nudzić.
Polubiłam go już w Stanach i tam też się zaprzyjaźniliśmy. I tak jak kiedyś wspominałam, to jego towarzystwo nigdy mi nie przeszkadza. To znaczy: zazwyczaj. To nie tak, że nie lubię reszty gangu, bo owszem, zaprzyjaźniłam się z nimi, ale to z blondynem łączy mnie dziwna, braterska więź. Jest dla mnie wielkim przyjacielem w tej chwili, tak jak Tristan i Kelly. Może to dlatego, że nie mam zbyt wielu przyjaciół i tak to cenię.
No, jest też Louis, ale... ten człowiek jest niezrozumiały i uwielbia mi dogryzać. Jest inny jako przyjaciel, ale często w niektórych sprawach niezastąpiony i naprawdę mi się przydaje, choć czasem mówię, że go nienawidzę. W niektórych momentach tak sobie myślę i dochodzę do wniosku, że gdyby nie Tomlinson, to pewnie w wielu sprawach musiałabym radzić sobie sama. Moje życie już nie raz się zmieniało, odkąd on w nim się pojawił. Z perspektywy czasu... może to było dobre. Gdyby nie wrócił, zapewne nie siedziałabym ponownie w kryminalistyce, a właśnie to sprawia, że moje życie jest trochę odmienne, różni się od innych. Czuję, że coś się dzieje, kiedy jestem w tym gangu, a nie tylko firma i firma. Teraz robię rzeczy, które uwielbiam. Choć większości może się wydawać, że to wcale frajdy nie sprawia i to coś złego. Owszem, nie jest to takie dobre, ale dla mnie to jak rozrywka. No i oczywiście przypływ gotówki. Gdyby nie to, to pewnie nie robiłabym tego tak chętnie.
- No i jak się bawisz? - zapytał Niall, zanim zaczął obracać mnie dookoła własnej osi przez pół parkietu, w tym wypadku: salonu, który mógł za niego służyć przez swą wielkość i umiejętnie poustawiane meble, po to, by było jeszcze więcej miejsca. W pewnych chwilach naprawdę czułam się, jakbym była w pałacu i nie powodowały tego procenty w moim organizmie, tylko takie było moje ogólne wrażenie.
- Nie widzisz? Wyśmienicie – powiedziałam z uśmiechem, próbując złapać oddech, gdy zatrzymaliśmy się przy wejściem do kuchni. - Odjazdowo.
- Gdybyś przychodziła częściej, byłoby równie dobrze. - Zaśmiał się, sam będąc już trochę nietrzeźwy. - Na ostatniej tak się upiłaś, że Tomlinson cię odwoził.
- I właśnie z tej ostatniej nic nie pamiętam. - Również się zaśmiałam. - O Boże, jak gorąco. - Pomachałam jedną ręką przy twarzy.
- Jesteś cała czerwona – stwierdził rozbawiony. - Jak to możliwe? Piłaś mniej ode mnie.
- To przez te tańce z tobą. Nie mam kiedy się napić. - Sięgnęłam po czerwony kubeczek z alkoholem, który ktoś wynosił na tacy z kuchni. Od razu wypiłam całą jego zawartość, czując ogromne palenie w gardle. - O matko, ale to mocne. - Skrzywiłam się i wyrzuciłam plastikowy kubek za siebie, z powrotem zawieszając ręce na szyi Nialla.
- Nieładnie tak śmiecić – upomniał mnie.
- To nie mój dom. - Szeroko się uśmiechnęłam.
- Tym bardziej.
- Więcej nie piję, blondynku. Myślałam, że ten wasz alkohol będzie o wiele słabszy. To nie na moją głowę. - Ruszyłam w rytm muzyki, trzymając chłopaka, a ten wybuchł zaraz śmiechem.
- To ile ty wypiłaś? 6 kubeczków? - zapytał rozbawiony.
- Po takim procencie, to widziałbyś mnie już pod stołem – powiedziałam całkiem poważnie. - Wypiłam trzy i tyle mi w zupełności wystarczy.
-No nie gadaj. Patrząc na ostatnią imprezę, to kiepsko dziś z tobą.
- Na ostatniej potrzebowałam się upić, a dziś tego nie zrobię, bo nie mogę.
- To się okaże. - Uśmiechnął się głupio, nie bardzo mi wierząc. - Co jest? Czego stanęłaś? - zapytał, gdy przestałam tańczyć i się zatrzymałam.
- Chwila, która jest godzina? - zapytałam, a on wyjął telefon z kieszeni spodni i spojrzał na ekran.
- Po dwudziestej trzeciej, zaraz północ – odparł, a ja otworzyłam oczy.
- O Jezu, już? Ja powinnam się już zmywać – uświadomiłam sobie.
- Przecież dopiero przyszłaś. Do rana jeszcze daleko. - Zmrużył oczy.
- Dopiero? Przyszłam ze 4 godziny temu, mnie tu nie powinno już być.
- A co czeka na ciebie w domu, że chcesz już uciec? - zapytał, unosząc jedną brew. - Kochanek?
- Mam rano lot do Stanów, nie mogę go przegapić – wytłumaczyłam.
- A no, chyba że tak. To już rozumiem. - Kiwnął głową, a ja zaczęłam się rozglądać po pomieszczeniu, ale nie bardzo mogłam coś dostrzec.
- Widziałeś Kelly i Tristana? - zapytałam blondyna, dobrze wiedząc, że poznał moich przyjaciół, więc nie mógł mieć problemu z tym, by skojarzyć, o kim mówię.
- Nie, ale mogą być na zewnątrz. - Wskazał drzwi od tarasu, za którymi również było trochę ludzi, mimo, że dalej było ciemno, a światła świeciły się tylko na tarasie.
- Możliwe. Pójdę ich poszukać i trochę się przewietrzyć – wyjaśniłam, powoli odchodząc od mężczyzny. - Pewnie się już dziś nie zobaczymy, bo zwinę się do domu, więc na razie! - Próbowałam przekrzyczeć tłum, stojąc kilka metrów dalej od blondyna.
Pomachał mi tylko i odszedł w innym kierunku, a ja ruszyłam do wyjścia do ogrodu, z trudem przeciskając się przez zbiorowisko ludzi. Ocierałam się o wiele mokrych ciał, sama będą równie spocona przez ciągłe skakanie do muzyki.
Kiedy w końcu wydostałam się na zewnątrz, owiał mnie przyjemny chłód. Rozejrzałam się, ale w ciemnościach ogrodu nie znalazłam ani Kelly, ani Tristana. Jedyną osobą, którą zobaczyłam był Tomlinson, ponieważ jego oświetlała jedna z lamp. Siedział na drewnianych schodach, paląc papierosa i wpatrując się w ludzi przed sobą. Nie wyglądał na pijanego, bardziej wydawało się, że siedzi tu, by uciec od tego całego tłumu. Ale mogło mi się tylko tak zdawać.
Cicho podeszłam do niego od tyłu, uważając, by nie zahaczyć o nic szpilkami i nie polecieć wprost na szatyna albo od razu na trawę.
- Nie widziałeś Tristana lub Kelly? - odezwałam się za nim. Słysząc mój głos, odwrócił głowę i podniósł na mnie wzrok, wypuszczając ustami dym.
- Prędko ich nie znajdziesz – odpowiedział, kolejny raz zaciągając się szlugami.
- A to niby dlaczego? - Uniosłam brew, zdziwiona, że może wiedzieć więcej ode mnie.
- Z godzinę temu widziałem ich na górze. Szukali wolnego pokoju. Byli bardzo niecierpliwi – stwierdził, a ja westchnęłam. No, to jeszcze chwilę tu sobie pobędę.
- Co tu tak siedzisz? - zagadnęłam, siadając obok niego.
Gdy spojrzał na mnie, zobaczyłam, że nie ma nawet przekrwionych oczu. Nie było też czuć od niego alkoholu, jedynie dym papierosowy. Kurcze, on rzeczywiście jest trzeźwy. I to jak.
- Nie piłeś nic? - zapytałam, odrobinę zdziwiona. - To twoja impreza, byłam pewna, że upijesz się do nieprzytomności albo chociaż w połowie.
- Mam jutro coś ważnego, nie mogę być pijany ani na kacu. Chyba by mnie za to zabili – wyjaśnił, patrząc w niebo. - Może nie piję, ale świętuję na swój sposób. - Uśmiechnął się. - Chociaż przyznam, że chętnie bym się napił. Za to ty, widzę, że też za dużo nie zaszalałaś z procentami – zauważył, a ja pokiwałam powoli głową, zagryzając dolną wargę i odwracając od niego wzrok. Usłyszałam, a wciąga głęboko powietrze.
- Nie zagryzaj wargi, błagam cię – usłyszałam, więc ponownie na niego spojrzałam. W świetle lampy, zobaczyłam, że jego oczy zrobiły się całe czarne.
- A co ty, Grey? Nie wiedziałam, że to serio działa na facetów. - Uśmiechnęłam się zwycięsko.
- No, to bardzo się myliłaś. - Teraz to on odwrócił wzrok. - Podobno miałaś chłopaka. Myślałem, że wiesz o tym – dodał, a do mnie powróciły wspomnienia.
- Tak naprawdę to... to był mój pierwszy poważny związek, taki na dłużej i on... z perspektywy czasu widzę, że nie był tak idealny. Ominęło mnie przy nim wiele rzeczy. Chyba tak naprawdę nie kochał mnie tak, jak myślałam albo... po prostu przestał kochać. Pod koniec naszego związku częściej interesował się mną tylko, kiedy miał potrzebę. Nie dawał mi prezentów. Może zbyt dużo oczekiwałam, ale to było trochę przykre. Zdałam sobie sprawę, że nie myślał o nas poważnie, o naszej przyszłości, chociaż on mówił inaczej. Coraz częściej zachowywaliśmy się jak zwykli przyjaciele albo kochankowie, bez żadnych uczuć... Boże, nie wiem, po co ja ci to mówię. - Zakryłam twarz dłońmi. Głupia jestem, ot co.
- Wiesz...
- Nie, nic nie mów – przerwałam mu. - Masz jeszcze papierosa? - zapytałam, a on popatrzył na mnie w skupieniu i dopiero po chwili odpowiedział.
- Dla ciebie nie – odparł, jakby nigdy nic.
- Co? A to niby dlaczego? - oburzyłam się.
- Jeszcze pamiętam, że miałaś nie palić, bo lekarze ci zabronili. Nie rób ze mnie idioty.
- A od kiedy ty się tak o mnie martwisz?
- Jeśli nie zauważyłaś, to już od dłuższego czasu. - Zgasił peta na deskach tarasu. Mimo, że zaskoczyła mnie jego odpowiedź, nie skomentowałam tego.
- Dla twojej wiadomości, od tamtego czasu i tak palę, bo nie potrafię tego rzucić, więc jeden papieros w tę czy we wtę nie zrobi mi wielkiej różnicy.
- W takim razie niedługo to zmienimy – odpowiedział cicho.
- Co takiego? - Szeroko otworzyłam oczy.
- Nic. - Wzruszył ramionami. - Mówiłem do siebie.
- Ty chyba naprawdę masz poważne problemy z głową – stwierdziłam.
Kiedy nie odpowiedział, zwiesiłam wzrok i zaczęłam bawić się bransoletką, którą miałam na nadgarstku, bo cisza między nami była irytująca.
- Co z tym tatuażem? - usłyszałam obok. Spojrzałam na rękę, gdzie mieścił się czarny malunek ptaków. - Już kiedyś o niego pytałem, nie chciałaś mi nic powiedzieć – dodał, a ja uniosłam na niego wzrok.
- Powiedziałam, pamiętam. Powiedziałam, że prawdziwą żałobę nosi się całe życie – przypomniałam sobie.
- Rzeczywiście – przyznał zamyślony. - Czyli musi mieć szczególne znaczenie. Jakie dokładnie? - zadał kolejne pytanie, drążąc dalej temat.
- Wiesz co? Powiem ci to, co zawsze mówisz mi ty.
- Co mianowicie? - Oblizał usta, nie spuszczając ze mnie wzroku.
- Kiedyś się dowiesz – zacytowałam, doskonale znane mi zdanie, a on parsknął śmiechem.
- No bez żartów.
- Nie żartuję – powiedziałam poważnie, a wtedy przestał się śmiać. - Nie pytaj, bo nie odpowiem. To nie jest coś, o czym lubię mówić. Tak naprawdę, to prawie nikt nie wie, jaką historię ma ten tatuaż.
- A masz jeszcze jakiś? - zapytał zainteresowany.
- Nie. - Pokręciłam głową. - Chciałam coś na żebrach, ale boję się, że będzie za bardzo boleć. - Zaśmiałam się, ponownie zagryzając nieświadomie wargę.
- Boże, znowu to robisz – westchnął, a ja zmarszczyłam brwi.
- Co robię?
- Znowu zagryzasz wargę – sprostował.
Zaczął się do mnie przybliżać. Położył jedną dłoń na deskach obok mnie, a drugą na moim kolanie. Pochylił głowę ku mnie, a jego usta były niesamowicie blisko moich. Nadchodziło to, czego się obawiałam, ale nie byłam w stanie nawet się poruszyć. Byłam jak w amoku, przestałam logicznie myśleć i uświadomiłam sobie, że zmierzam do tego, czego w głębi serca pragnę. Czego tak usilnie się wypierałam, by zmylić swój umysł, by bronić się przed tym, czego chcieć nie powinnam. Co powinno być dla mnie zakazane. Tylko, że te usta były w tym momencie tak bardzo kuszące jak zakazany owoc.
Nie myślałam o tym, co powinnam, a czego nie. Szłam za głosem serca, nie rozsądku. A gdy miało już nadejść zamierzone, ktoś wylał na mnie wódkę i odskoczyłam jak oparzona, piszcząc, bo stało to się tak niespodziewanie. Wyplułam z ust alkohol, który się w nich przez to znalazł i spojrzałam za siebie, by zobaczyć, czyja to była sprawka, ale nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, to szatyn pierwszy zareagował. Puściły mu nerwy, a ciśnienie widocznie wzrosło.
- Kurwa, człowieku! Czy ty widzisz, co zrobiłeś, czy jesteś jakiś jebnięty?! - krzyczał w nerwach. Było widać, że jest nieźle wkurwiony.
- Louis... - Pociągnęłam go za rękę, ale to nie pomogło, więc musiałam wstać.
- Wypieprzaj z mojej imprezy! Nie chcę cię tutaj więcej widzieć!
- Louis, przestań! - krzyknęłam, by zwrócił na mnie uwagę.
Popatrzył na mnie, był w furii.
- Zostaw go, jest pijany. Uspokój się, nic mi nie jest.
- To go nie tłumaczy. - Odwrócił ode mnie wzrok, by przenieść go na mężczyznę, ale jego już nie było. - Gdzie on jest?
- Nie wiem, przecież kazałeś mu wyjść – odpowiedziałam cicho. - Nie szukaj go, to był wypadek – dodałam.
- Nic ci nie jest? - zapytał przejęty, dotykając mojego policzka. Najwyraźniej nie słyszał tego, że przed chwilą powiedziałam, że nic mi się nie stało. - Jezu, jesteś cała mokra. - Dotknął moich włosów. - Chodź na górę, dam ci coś na przebranie i się umyjesz z tego syfu.
- Przyznam, że nie fajnie mieć mokrą od alkoholu bluzkę – powiedziałam, patrząc na ubranie. Błękitny materiał przykleił mi się do skóry, stał się prześwitujący i strasznie przyległ do piersi, które ukazywał. Na szczęście miałam stanik. - Już kolejny raz coś takiego dzieje się przy tobie i kolejny raz pożyczasz mi ubrania. Wcześniej to Harry wylał na mnie herbatę – przypomniałam mu.
- Może to znak? - Uśmiechnął się delikatnie.
- Niby jaki? - zapytałam nie bardzo przekonana do jego słów, ale uśmiech tkwił na moich ustach.
- Tego jeszcze nie wiem. - Popatrzył mi w oczy. - Chodźmy, na pewno nie czujesz się komfortowo w takim stanie. - Wskazał na moją koszulkę, a ja westchnęłam.
- I jak mam przejść tak obok tych wszystkich ludzi? Przecież to jakbym nie miała na sobie w ogóle bluzki.
- Większość jest już nawalona w cztery dupy, więc nic nie zauważą. Ale jeśli będziesz czuła się pewniej, to możesz iść zaraz za moimi plecami – zaproponował.
Pokiwałam głową, że tego właśnie chcę, a on złapał za moją dłoń i przysunął mnie jak najbliżej do siebie. Potem odwrócił się i wszedł do budynku, a ja pomaszerowałam tuż za nim. Idąc przez ten cały tłum ludzi, w pewnej chwili zwiesiłam głowę i spojrzałam na nasze splecione dłonie. To się nie dzieje naprawdę. No pewnie, że nie. Zaraz się obudzę, a ta bańka pęknie i będzie po wszystkim. To byłoby zbyt pięknie, by mogło być rzeczywiste. Boże, co ze mną jest nie tak? O czym ja fantazjuję? Przecież w tej chwili nie jestem sobą. A może jednak jestem?
Nie zorientowałam się nawet, kiedy byliśmy już w sypialni szatyna i stałam w jego garderobie, do której mnie przyprowadził. Dyskretnie się rozejrzałam i zauważyłam, że jak na garderobę, jest bardzo ogromna i w dodatku zapełniona tylko w połowie. Tak jakby ta druga połowa na kogoś czekała. Nie było widać tej części na pierwszy rzut oka, była bardziej z tyłu, ale w miejscu, w którym się znajdowałam, widziałam całe pomieszczenie.
- Proszę, ta będzie dobra. - Podał mi do rąk czarną koszulkę, wcześniej zdejmując ją z wieszaka.
- Dzięki. - Uśmiechnęłam się mimowolnie.
- Jak to możliwe, że bałaś się przejść tak obok tych wszystkich ludzi, ale przy mnie zachowujesz się inaczej? - zapytał zaintrygowany.
- Widziałeś mnie w gorszych sytuacjach – odpowiedziałam cicho i nim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, ja kierowałam się do wyjścia z garderoby. Jeśli zapyta – nie będzie wiedzieć o czym mówię, jeśli nie zapyta – jest szansa, że pamięta cokolwiek ze Stanów.
Znalazłam się z powrotem w jego sypialni, a gdy i on się w niej zjawił, i chciał coś powiedzieć, nie pozwoliłam na to. Już nie chcę słyszeć nic na ten temat.
- Louis, mam prośbę.
- Jaką? - zapytał, zasuwając za sobą wejście do garderoby.
- Przyjechałam tu z Kelly i Tristanem, a nie mogę ich znaleźć. Muszę jak najwcześniej wyjść z imprezy...
- Jasne. Odwiozę cię – przerwał mi, szczerze się uśmiechając.
- Tak? Dziękuję. Podam ci potem adres do ich domu.
- Czemu masz tam jechać? Nie lepiej, bym zawiózł cię do ciebie?
- Tak wyszło. - Wzruszyłam ramionami. - Myślałam, że wrócę z nimi do nich, bo rano mam lot do Stanów i przewiozłam tam swoją walizkę. Wyjechałabym od nich, a teraz muszę radzić sobie sama – wytłumaczyłam spokojnie.
- A jak dostaniesz się do ich mieszkania?
- Mam ich klucze w torebce – odparłam, a on spojrzał na mnie podejrzliwie. - Jest w bezpiecznym miejscu, zostawiłam ją na waszej strzelnicy – wytłumaczyłam.
- Wszystko przemyślałaś. - Zaśmiał się. - Rzeczywiście jesteś przebiegła – dodał, a ja tylko szeroko się uśmiechnęłam. Jestem.



***

Jak pokrótce wyglądało wszystko po wczorajszej imprezie? A mianowicie po tym, gdy drastycznie zostałam oblana alkoholem? A no tak, że ostatecznie nie odnalazłam Kelly i Tristana, i odwiózł mnie Louis, a oni ostatecznie wrócili o 4 nad ranem. Wiem to, bo narobili strasznego hałasu, gdy wrócili zlani w trupa. Widocznie bardzo podobało im się na imprezie. Jak też się okazało, mieli jeszcze jeden zestaw kluczy. Więc gdyby nie to, że zachowywali się głośno, pewnie nie wiedziałabym nawet, że wrócili . Nie jestem też pewna, co dokładnie stało się z ich autem i jak wrócili do domu.
Gdy miałam jechać na lotnisko, oni wciąż leżeli w łóżku, a ja nie mogłam nawet ich dobudzić, więc ponownie byłam zdana wyłącznie na siebie i musiałam dzwonić po taksówkę. Gdybym wiedziała, że aż tak się popiją, to od razu pojechałabym do siebie i na to samo by wyszło. Dlatego bez sensu zrobiłam, że się u nich zatrzymałam.
W samolocie natomiast w ogóle nie mogłam zmrużyć oka, więc albo słuchałam muzyki, albo czytałam książkę, którą w końcu zaczęłam, a wcześniej z braku czasu nie mogłam. I ten jeden raz podróż do Stanów dłużyła mi się niesamowicie. Zapewne dlatego, że na ogół podczas tak długich podróży spałam, więc nie odczuwałam tego tak dobitnie.
A kiedy dotarliśmy do hotelu, zjadłam obiad i na jakąś godzinę się położyłam. No, więc czym to poskutkowało? Za 5 minut będę spóźniona na tą konferencję, bo źle rozplanowałam czas, a razem z Jordyn nie możemy odnaleźć sali konferencyjnej. Słowo daję, że gdyby nie to, że w końcu zapytaliśmy kogoś o drogę, pewnie byłabym totalnie spóźniona. A ja nie mam w zwyczaju się spóźniać, to nie w moim stylu. Zawsze służbowo jestem na czas i dla mnie to już dramat, gdy wiem, że jest ryzyko, że czasowo się nie wyrobię.
Szybkim krokiem przemierzałam marmurowe korytarze budynku, przez które aż za nadto słychać było stukot moich szpilek. Kiedy wyszłam zza zakrętu, w połowie holu dostrzegłam otworzone drzwi od jednej z sal, a przy nich stał niski, otyły mężczyzna.
- Pani Miller? - zapytał, kiedy byłam bliżej celu.
- Tak, tak to ja! - krzyknęłam, przyspieszając kroku i czując, że za chwilę wyryję twarzą w podłogę.
Dlaczego ja zawsze noszę te cholerne szpilki? To cholerstwo wcale nie jest takie wygodne, a ja wciąż je zakładam.
- Bardzo przepraszam za spóźnienie. Miałam problemy ze znalezieniem tego miejsca – wyjaśniłam, kiedy znalazłam się obok mężczyzny. On jedynie pokiwał głową, że rozumie i gestem dłoni zaprosił mnie do sali.
Weszłam do wnętrza i zobaczyłam okrągły stół. Byli już wszyscy, więc z łatwością odnalazłam swoje miejsce, podpisane moim nazwiskiem. Udałam się do wyznaczonego miejsca i usiadłam przy stole, odstawiając termos z kawą na stół, a torebkę zawieszając na oparcie krzesła. Poprawiłam jeszcze marynarkę i włosy, i byłam gotowa.
- Dobrze, myślę, że możemy już zaczynać – usłyszałam nieznany mi głos.
Uniosłam głowę i spojrzałam na miejsce prowadzącego, by zobaczyć, kim jest ten tajemniczy człowiek, który to prowadzi. Jakie było moje zaskoczenie, gdy na tabliczce na stole na przeciw mnie odczytałam: 'Apple. Louis Tomlinson'. A potem zorientowałam się, że szatyn stoi na środku i wpatruje się we mnie z szerokim, zwycięskim uśmiechem. On o tym wszystkim wiedział... Zaprosił mnie tu...

***

05 stycznia 2019

WAŻNE

Ze względów technicznych i mój natłok nauki w szkole, rozdział kolejny pojawi się za tydzień. Mam za mało materiału, by cokolwiek tu wstawić, a chciałabym, by miało to ręce i nogi. Mogę tylko napisać, że to będzie  jeden z moich ulubionych rozdziałów.
Liczę na wyrozumiałość i do kolejnej soboty😘
/Perriele rebel

22 grudnia 2018

ROZDZIAŁ 19. 'RADZĘ SOBIE ŚWIETNIE, PRZECIEŻ WIESZ'


*Cassandra*

Zaraz koniec wakacji, a ja nigdzie nie wyjechałam i jedyne, co robię w mieście, to krążenie po nim w rozmaitych sprawach. Od Tomlinsona, przez firmę, do mamy i rodzeństwa. I wiem, że w tym miesiącu już nigdzie nie zabiorę Maddie i Jake'a, choć bardzo bym tego chciała. Może uda się we wrześniu albo w październiku? Mam nadzieję, że wyrwę się chociaż na kilka dni za granicę. Teraz dzieje się zbyt wiele. Trzeba pozałatwiać różne sprawy i dopiero wtedy wylecieć na zasłużone wakacje. Tylko czy kiedyś odzyskam ten spokój?
- I jak było na pierwszej lekcji? - zapytałam Maddie, gdy odjechałyśmy spod domu Kelly.
W poniedziałek wróciła w końcu do Londynu i mimo, że miałyśmy wiele momentów na spędzenie czasu razem, dopiero dzisiaj, akurat w piątek, udało mi się wyjść wcześniej z firmy i poszłyśmy na lunch. I co do groźby Tristana, byłam w biurze cały tydzień, od rana do wieczora, alkoholu też udało mi się nie tknąć, więc sądzę, że nic się nie stało, kiedy o czternastej opuściłam firmę. Nie powiem, że nie wkurzyło mnie to, kiedy oświadczył, że mam się wziąć w garść, bo inaczej zgłosi sprawę w odpowiednie miejsce. I nie powiem, że nie lubię alkoholu, bo wtedy też bym skłamała. Ale staram się i chyba to widzi.
To prawda, nie jestem święta i trzeba przyznać, że piję trochę więcej niż zwykle, ale nie uzależniłam się. Gdyby tak było, to nie potrafiłabym wytrzymać bez alkoholu. To mój sposób na odreagowanie. I tak zwykle kończy się na góra 3 kieliszkach i nigdy jeszcze nie obudziłam się, nie pamiętając ostatniego dnia. Dobra, raz na imprezie Tomlinsona, ale raz. Tristan przesadza, ot co, dlatego zamierzam mu udowodnić, że wszystko ze mną w porządku i coś tylko mu się ubzdurało. Umiem wytrzymać w abstynencji, oboje dobrze to wiemy. Nie zrobi ze mnie alkoholiczki, kiedy nigdy nią nie byłam. Pieprzy głupoty, bo za długo był bez Kelly. Teraz jak wróciła, to już nawet nie zauważa tego, co robię, tak bardzo jak w zeszłym tygodniu. Wszystko wyolbrzymił i za bardzo się o mnie martwi. Znam swój umiar i granicę, i nie chciałam nigdy być alkoholiczką, by staczać się na dno. W każdej chwili potrafię przestać i nie ciągnie mnie do alkoholu, a samo wino nie byłoby zbyt mocnym trunkiem do upicia się. Może raz lub dwa się zdarzyło.
Ale podsumowując, nie ma się co o mnie martwić i nie sięgnę po procenty, by Tristan miał z tego satysfakcję. Jeśli myśli, że nie potrafiłabym od tak tego odstawić, to się myli. Nie jestem jak niektórzy ludzie i wiem, że alkohol do niczego mnie nie doprowadzi, choć czasem jest potrzebny i pomaga ukoić nerwy. Chcę tylko udowodnić, ze nie mam z nim problemu. I nie wypieram prawdy, po prostu tak jest, widać to. To Kelly po pokazach pije więcej niż ja w tygodniu, tylko że Tristan o tym nie wie.
A co do mojej przyjaciółki, to za bardzo się rozgadałyśmy, bo zorientowałam się, że spóźnię się odebrać Maddie ze szkoły muzycznej i obie po nią pojechałyśmy, a własnie teraz odstawiłam blondynę do domu, w drodze do mieszkania mamy. I tak, w końcu zapisałam małą na zajęcia ze śpiewu i mam nadzieję, że to ją cieszy.
- Było super! - pisnęła z tylnego siedzenia.
Spojrzałam w lusterko i zobaczyłam jej uradowaną minę, przez co i na moje usta wpłynął szeroki uśmiech.
- Pani powiedziała, że może też mnie nauczyć grać na pianinie, a ja chcę. Mogę, Cassie? Mogę?
- Oczywiście, że możesz. - Skręciłam w ulicę, na której stał dom mojej rodziny. - Porozmawiam z panią Clark przy twoich kolejnych zajęciach, zgoda?
- Zgoda! - Zaklaskała w dłonie i tylko się zaśmiałam.
Przez następne kilka minut słuchałam, jak śpiewa piosenki, które grały w radiu, a jakiś czas potem dotarłyśmy na miejsce.
Wyjęłam kluczyki ze stacyjki, zabrałam torebkę, wysiadłam z auta i otworzyłam drzwi Maddie, a ona natychmiast wyskoczyła z pojazdu i pobiegła w kierunku domu.
- Hej! A twój plecak?! - krzyknęłam za nią.
Zatrzymała się, odwróciła w moją stronę i zaraz złapała się za głowę, co miało pokazać, że o tym zapomniała. - Dobrze, już dobrze, wezmę go. Biegnij – westchnęłam i się uśmiechnęłam, a jej już za chwilę nie było. Niedługo zapomni własnej głowy i wtedy to będzie kłopot.
Sięgnęłam do wnętrza auta po nieduży, różowy plecak i zawiesiłam go sobie na ramię. Zamknęłam samochód i ruszyłam do drzwi, z trudem omijając duże kałuże. Było to o tyle trudniejsze, że wciąż miałam na sobie szpilki i musiałam uważać, by przypadkiem się nie potknąć i wywalić prosto w wodę, tym samym brudząc swoją białą koszulę.
Weszłam do mieszkania i od razu doszedł do moich nozdrzy wyborny zapach ciasta mojej mamy, na które na samą myśl ponownie wkradł się na moją twarz uśmiech. Odstawiłam plecak siostry pod ścianę w przedpokoju, a sama zdjęłam buty ze stóp, zostając na bosaka.
- Nie zmokłaś dziś rano, gdy Jake wiózł cię do szkoły? - usłyszałam głos rodzicielki, kiedy wchodziłam do kuchni.
- Nie, bo jak wysiadaliśmy, to Jake okrył mnie swoją bluzą i sam zmókł – odpowiedziała i nie dało się nie zaśmiać na te słowa, a wtedy mama podniosła wzrok i zauważyła moją obecność.
- Widzisz, jak twój brat o ciebie dba? - zapytała z uśmiechem małą, a ta od razu pokiwała głową. - No dobra, to możesz już lecieć do Jesy, ale wróć na obiad, dobrze?
- Dobrze! - Wybiegła z kuchni i tylko tyle było ją widać.
- Hej, mamo. - Podeszłam do kobiety i ucałowałam jej policzek.
- Cześć, Cassie. - Uściskała mnie.
- Czuję to twoje czekoladowe ciasto, prawda? - zapytałam, odsuwając się od niej i obie się zaśmiałyśmy. Zawsze miałam wyczulony węch.
- Celnie zgadłaś – potwierdziła moje przypuszczenia. - Siadaj, nałożę ci – wskazała na stół, a sama podeszła do blatu, na którym stał wypiek.
Usiadłam przy niedużym stole, tak jak poleciła i za chwilę dostałam mały, biały talerzyk z kawałkiem gorącego jeszcze ciasta.
- Przepyszne – powiedziałam z pełnymi ustami, gdy wzięłam pierwszy kęs do ust. - Moje ulubione – dodałam.
- Wiem, słonko. - Uśmiechnęła się szeroko.
Uwielbiam, jak moja mama gotuje. W dzieciństwie rzadko jadłam w restauracjach i być może tak bardzo przypadły mi do gustu jej potrawy. Szczególnie mocno ubóstwiam jej niedzielną pieczeń i prawie zawsze, kiedy mam być u nich na obiedzie, robi ją specjalnie dla mnie. To są takie nasze małe rzeczy, które po prostu kochamy.
Kiedy zjadłam pół kawałka, coś mnie naszło i drugą połowę odłożyłam z powrotem na talerz, stwierdzając, że to odpowiedni moment.
- Co jest, nie smakuje ci jednak? - zapytała zasmucona, a ja podniosłam wzrok na nią i zmarszczyłam czoło.
- Nie, smakuje. Tylko, że... - Przełknęłam głęboko ślinę, zastanawiając się, co powiedzieć na początek. - Mamo, ostatnio dużo się działo w naszym życiu i... niektórych rzeczy ci nie powiedziałam. Nie wiesz o czymś. Już dawno chciałam ci to powiedzieć, ale byłaś w szpitalu i... - mówiłam chaotycznie, pocierając tatuaż na swoim nadgarstku.
- I nie chciałaś mnie martwić, tak? - Usiadła obok i złapała za moje dłonie, a ja zgodziłam się z nią, kiwając głową. - Ale teraz jest ze mną dobrze. Musimy pogadać, kochanie, jeśli rzeczywiście coś się dzieje. - Potarła kciukiem skórę na mojej ręce. - Możesz mówić. Wiesz, że nie będę cię oceniać. Wspieram cię we wszystkim, to dzięki tobie tu jesteśmy i nie musimy się martwić o przeżycie.
- Chodzi o nasz dom w Stanach... - zaczęłam cicho, nie wiedząc, jak zareaguje.
Oczywiście, nie powiem jej o tym, że prawie umarłam na akcji i miałam włamanie. Nie jestem aż tak głupia. Nie powinnam o tym pierwszym mówić, a gdybym pisnęła słówko o obu tych rzeczach, to mama nie na żarty wpadłaby w panikę i wtedy to już byłaby tylko moja wina.
- Zaczynam się bać. Co z nim? - Zobaczyłam na jej twarzy niepokój.
- Nie musisz się obawiać. Kryzys już dawno zażegnany. - Uśmiechnęłam się lekko, ale za chwilę ten uśmiech znikł. - Jakiś czas temu przyszło do mnie pismo, kiedy byłaś w szpitalu. To było od banku. Zapomniałam zapłacić rachunki, chcieli przysłać komornika... Ale już w porządku, wszystko naprawiłam i nie odebrali nam domu.
- Bogu dzięki – uspokoiła się mama. - Wiem, że to może dziwnie wyglądać, że to ty płacisz za to, ale... chyba bym nie przebolała, gdyby nagle ktoś zabrał nam to. Wszystkie wspomnienia...
- Mamo, spokojnie – przerwałam jej. - Już tak wiele razy mówiłam ci, że to tylko pieniądze. Nie powinna gryźć cię ta myśl, jestem twoją córką.
- No właśnie, to rodzice powinni wspierać finansowo swoje dzieci, a nie odwrotnie. Tak źle się czuję z tym, że musisz za nas płacić...
- Mamo, już o tym rozmawiałyśmy. - Położyłam dłoń na jej ramieniu, spoglądając w oczy. - To nie jest dla mnie problem. Cieszę się, że mogę wam pomóc i niczego wam nie brakuje. I nie obwiniaj się o nic. - Uśmiechnęłam się.
Pokiwała głową i ponownie mnie uściskała, a gdy się od siebie oderwałyśmy, zdążyła się zorientować, że jeszcze coś nie gra. Niczego przed nią nie ukryję.
- Cassie, widzę, że to nie wszystko. Co jeszcze się stało? Co cię gryzie? Spróbuję pomóc, na tyle, ile umiem.
- Nie możesz – odpowiedziałam cicho, patrząc na nią ponownie. Zagryzłam dolną wargę, gdy poczułam, że do oczu zaczynają napływać mi łzy.
- Dlaczego? - zapytała. Zauważyła moje łzy w oczach, bo wyglądała na przestraszoną.
- Na początku zeszłego miesiąca robiłam badania kontrolne.
- Cassie, tylko nie mów, że to coś poważnego.
- Chciałabym – wyszeptałam, lekko wzruszając ramionami. Poczułam, jak nieoczekiwanie po moim policzku spłynęła łza. A miałam nie płakać...
- To płuca, tak? - zapytała, od razu przewidując to, co zamierzałam powiedzieć.
- Tylko to... Z całą resztą jest dobrze – odpowiedziałam przez ściśnięte gardło.
-  Co powiedział twój lekarz? 
- Że to wszystko przez papierosy, a astma wszystko pogarsza. - Starłam pojedynczą łzę z twarzy. - Jest dym w płucach, powstaną nieodwracalne zmiany i nie przeżyję 20 lat, jeśli tego nie rzucę – dodałam. - Mamo, ja nie chcę umierać. - Rozpłakałam się na dobre, a ona natychmiast skryła mnie w swoich ramionach, głaszcząc po głowie. - Ja wiem, że mówiłam wiele rzeczy, ale już nie chcę... ja chcę żyć. - Przycisnęłam czoło do jej szyi.
- Skarbie, mówiłam ci tyle razy: nie bierz się za te świństwo – zaczęła spokojnie. Nie krzyczała, tuliła mnie tak jak matka dziecko, które zbłądziło. - Ale co się stało, już się nie odstanie... Damy razem radę, tak? Wyciągniemy cię z tego, wszystko będzie dobrze – szeptała tuż przy moim uchu.
Pokiwałam głową i odsunęłam się od kobiety, ocierając potok łez.
- Jestem taka głupia...
- Nie jesteś – przerwała mi, ponownie łapiąc za rękę. - Uległaś okropnemu uzależnieniu, to nie jest twoja wina.
- Jest – wyjąkałam.
- Cassie – powiedziała twardo. - Nie jest – powtórzyła. - To wina twojego organizmu, że tak łatwo przyjął tą truciznę.
- Czyli moja – upierałam się przy swoim.
- Cassie, ile razy mam powtórzyć, byś zrozumiała? Ty w niczym nie zawiniłaś. Wolisz wierzyć w swoje brednie czy słuchać starej, doświadczonej matki, której życie nie oszczędziło?
- Mamo, nie mów tak – wyszlochałam.
- Jeśli nie będziesz się o to obwiniać. Powiedziałaś, bym ja tego nie robiła, a co z tobą? Nie możemy myśleć pesymistycznie, to do niczego nie prowadzi. Obiecaj mi teraz, że nie będziesz się o to winić – nakazała. Nie miałam wyboru, to moja mama.
- Ale jeśli pozwolisz mi dawać wam wciąż pieniądze – odpowiedziałam spontanicznie.
- Cassie, to nie jest dobry kompromis. - Pokręciła głową nerwowo.
- Mamo...
- Nie możemy bez końca brać od ciebie pieniędzy.
- W takim razie, nie będę niczego obiecywać.
- No, dobrze – westchnęła pokonana. - Nie pochwalam tego, ale niech ci będzie.
- I tak bym w końcu z tobą wygrała – wymamrotałam ze zwieszoną głową, a potem zaśmiałam się i ją uniosłam. Spojrzałam na mamę. Uśmiechnęła się, nie miała teraz większego wyboru.
- Oj, Cassie, Cassie. - Pokręciła głową. - Co z ciebie wyrosło?
- Nowoczesna londyńska bizneswomen, z której jesteś dumna? - podsunęłam jej pomysł.
- Bardzo dumna. - Wybuchła śmiechem w tym samym momencie, co ja. Ale po chwili ten śmiech znikł, gdy naszło kolejne jej pytanie. - Ale nie palisz już, prawda? - zapytała z powagą.
Odwróciłam wzrok, a gdy nie odpowiedziałam, poczułam, że znów się na mnie zawiodła.
- Córeczko...
- Przepraszam – wyszeptałam. - Próbowałam, naprawdę. Nie paliłam przez kilka dni, ale nie umiem tego rzucić. Wszystko dookoła mnie stresuje, w firmie pojawiają się problemy i w dodatku Nick mnie zostawił i jestem sama. Już nie wyrabiam. Chciałam, tak bardzo teraz chcę to rzucić, ale nie potrafię po takim czasie. Nie mam silnej woli tak, jak ty albo tata. Robiłam wszystko, by trzymać się z daleka od tego. Nawet wyrzuciłam całość do śmieci, ale to nie pomogło, bo dookoła mnie są ludzie, którzy palą i na nowo mnie do tego ciągnie – mówiłam szybko. Ale już nie płakałam. Czyli coś jednak mi się udało.
- Mylisz się, kotku. Jesteś silna, to ja nie jestem.
- O czym ty gadasz, mamo? - Zmarszczyłam brwi.
- Ja też ci o czymś nie powiedziałam. Nie wiesz, jak doszło do mojego zawału. Gdybym ci powiedziała, wiedziałabyś, że nie jestem silna. Coś mnie złamało, przestraszyłam się.
- Ale mamo, to, że się przestraszyłaś, nie znaczy, że nie jesteś silna.
- Teraz to nieważne, Cassie. Posłuchaj mnie, musisz wiedzieć, bo od tamtego dnia codziennie boję się o ciebie coraz bardziej. - Założyła zwisający kosmyk włosów za moje ucho, a ja nie wiedziałam, co mam myśleć.
- Słucham? - zapytałam słabo.
- Tamtego dnia pojechałaś gdzieś z jakimś chłopakiem, prawda?
- Tak, ale on nie jest niebezpieczny, nie dla mnie. Nic mi nie zrobił, nie...
- Nie o niego mi chodzi – wytłumaczyła automatycznie.
Nie odpowiedziałam, czekałam, co powie dalej.
- Zanim z nim pojechałaś, kiedy się szykowałaś, pod naszym domem stało czarne auto, w którym było dwóch mężczyzn w ciemnych okularach i ubraniach. Nie przeraziłoby mnie to tak bardzo, gdyby nie to, że kiedy wyszłaś z domu, oni pojechali zaraz za wami.
- Co takiego? - Zachłysnęłam się powietrzem. Teraz wiedziałam, to był tamten gang, dlatego mama się przestraszyła. Wiedziałam od samego początku, że musiał być jakiś poważny powód, przeczuwałam to.
- Wyglądali naprawdę groźnie. Myślałam, że cię śledzą, że chcą coś ci zrobić...
- Mamo, spokojnie. - Teraz to ja złapałam ją za ramiona. - Powiedz mi, czy ci ludzie jeszcze tu przyjeżdżali? Widziałaś ich po tym dniu?
- Pojawiali się tu jeszcze kilka razy. Pewnie myśleli, że jesteś u mnie.
- Mamo, posłuchaj, nie martw się tym już, dobrze? Ja to załatwię, bądź spokojna. Oczywiście nie podoba mi się to, że powiedziałaś mi dopiero teraz, ale rozumiem przez to, że nie było odpowiedniego momentu. Najważniejsze, że w końcu o tym wiem. Proszę, nie denerwuj się tym, jasne?
- Ale co zamierzasz z tym zrobić? - zapytała zaniepokojona.
- Mam przyjaciela w policji, to wszystko – uspokoiłam ją i przytuliłam.
To dziwne, jak w ciągu tak krótkiego czasu przeszłam od płaczu do takiego stanu. I kompletnie nie czuję tego, że z moich oczu jeszcze przed chwilą ciekły łzy. Huśtawka nastrojów jak w ciąży...
- Córeczko... - zaczęła ponownie po kilku minutach mówić, kiedy mnie puściła. - Ja wiem, że tamten chłopak, z którym wtedy pojechałaś, nie był niebezpieczny.
- O czym ty mówisz? - Przełknęłam głęboko ślinę. Albo to ja mam coś ze słuchem, albo moja mama powiedziała właśnie to, co usłyszałam.
- Widziałam, kto był za kierownicą. To był Louis Tomlinson. Nie mylę się, prawda? - zapytała, a wtedy wszystko powróciło.
Zamknęłam oczy i na chwilę mój oddech zwolnił, a fala wspomnień zalała mój umysł. Obraz w obraz, słowo w słowo, sekunda w sekundę.
- To ten, który...
- Tak – przerwałam jej, aby nie wypowiedziała tego, czego nie chciałam. By te kilka słów nie przeszło jej przez gardło. Przynajmniej nie przy mnie. - Ten z Nowego Jorku, sprzed 3 lat. Nie pomyliłaś się. - Otworzyłam oczy.
- Dlaczego... - chciała coś powiedzieć, ale jej nie pozwoliłam.
- Nie, proszę nie. - Pokręciłam głową. - Ja o tym wiem.
- Mówiłaś mu?
- On nawet nie pamięta, co się działo w Stanach. O niczym nie ma pojęcia.
- Mam nadzieję, że wiesz, co robisz Cassie.
- Nie skrzywdzi mnie – zapewniłam ją. Ale czy ja byłam tego w 100% pewna? Chyba za bardzo go poznałam, by się bać... - Nie mówmy o tym, nie chcę znów o tym myśleć – potrzęsłam głową.
- Będziesz musiała kiedyś mu o tym powiedzieć.
- Nie mogę – powiedziałam cicho. - Jeśli mi nie uwierzy...
- Powinien wiedzieć.
- Nie teraz – odpowiedziałam. - Nie rozmawiajmy dziś o tym, błagam – poprosiłam kobietę.
- Dobrze, nie denerwujmy się już dziś – westchnęła. - Chyba pójdę się położyć na kilka minut. Nie jedź jeszcze, dobrze? - zapytała, a ja przytaknęłam.
Wstała od stołu i wyszła z kuchni. Zostałam sama ze swoimi myślami. Ale nie mogę o tym myśleć! Muszę oderwać swoje myśli od tego, bo mnie to zniszczy.
Wstałam na równe nogi i skierowałam się powoli do salonu. A gdy zasiadłam przed telewizorem, kolejna sprawa uderzyła we mnie całkiem niespodziewanie, jak młotem o ścianę. Akurat transmitowano wiadomości. Nie ogarnąłby mnie niepokój, gdyby nie to, co miałam za chwilę usłyszeć.

'Wciąż nie znaleziono sprawcy przestępstwa, do którego doszło w zeszłym miesiącu w Londynie. Dla przypomnienia, mówimy tu o włamaniu do miejscowego banku 'Merci', po którym zniknęła duża ilość pieniędzy. Wszystkie kamery zostały doszczętnie zniszczone, a ochrona pilnująca budynku – postrzelona. Policja nie posiada żadnych portretów pamięciowych, śledztwo trwa. Nie znaleziono odcisków, a ilość utraconych pieniędzy wskazuje na to, że złodziej nie działał w pojedynkę. Po dogłębnym przeszukaniu banku, zdołano jedynie określić, że konta w systemie bankowym również zostały dotknięte, lecz nie ustalono, do jakich operacji doszło i wszystko wskazuje na to, ze przestępca nie pozostawił po sobie żadnych widocznych śladów. Policja zamierza zamknąć w najbliższym czasie sprawę ze skutkiem nierozwiązanym. Oddaję głos dyrektorowi banku...'

W dole ekranu nieustannie na pasku pojawiał się jeden napis: 'Winnych nie znaleziono, bank ponosi straty.' Na nowo przypomniałam sobie o całym zdarzeniu i zaczęłam się denerwować. Nie wiedziałam, że coś takiego może tu w Londynie odbić się wielkim szumem. W Stanach to jest na porządku dziennym, nikt nie zwraca na to większej uwagi. A tu minął miesiąc i wciąż ciągną sprawę, mimo, że tak, jak powiedział dziennikarz, nie zostawiliśmy żadnych śladów, więc nie wiem, jak to możliwe, że to nadal się toczy. Jeśli jakimś cudem do mnie dotrą, to po moim życiu.
Rozejrzałam się dookoła siebie, a gdy nie znalazłam tego, czego szukam nawet w kieszeniach spodni, pobiegłam do kuchni, gdzie niemal natychmiast zauważyłam pozostawioną tam torebkę. Wygrzebałam z niej telefon i skierowałam się z powrotem do salonu, jednocześnie wybierając potrzebny numer. Wiadomości na temat dla nas zakazany do mówienia, trwały w najlepsze, co utwierdzało mnie w tym, jak bardzo ta sprawa jest dla nich poważna.
Siedziałam wyprostowana na kanapie i uważnie obserwowałam obraz na telewizorze, a o odebraniu połączenia świadczył tylko charakterystyczny, mało słyszalny dźwięk i oddech osoby po drugiej stronie.
- Louis, wiem, że odebrałeś i wiem, że pewnie nie chcesz mnie teraz słuchać. Nie wiem, dlaczego, ale teraz to nieważne – zaczęłam mówić. Oczywiście wiedziałam, czemu się ze mną nie kontaktuje, po części. To skutek tego, co wydarzyło się pomiędzy nami na ostatniej akcji. Gdy nie usłyszałam odpowiedzi, kontynuowałam: - Domyślam się, że potrzebujesz czasu dla siebie, ale nie będziesz go miał, jeśli cała sprawa się spieprzy, a wszyscy trafimy do pierdla – mówiłam nerwowo dalszą część  wypowiedzi i liczyłam na jakiekolwiek słowo od niego. W końcu się tego doczekałam, więc to nie musiało wyglądać tak, jakbym prowadziła rozmowę sama ze sobą.
- Nie rozumiem, o czym mówisz – usłyszałam jego przemęczony głos.
- Jak włączysz wiadomości na BBC, to się przekonasz – odparłam.
Nastało kilka sekund ciszy i usłyszałam, jak w tle zostaje włączone urządzenie.
- Kurwa... - Do moich uszu doszło, jak przeklął, wyraźnie zaczynając się wkurzać.
- Tak. No, więc, co zamierzasz z tym zrobić, szefie? - zapytałam, specjalnie akcentując ostatnie słowo. - Wiesz co? Jak ja przez was wyląduję w więzieniu, to będzie to wyłącznie wasza wina, a...
- Weź się ogarnij, nigdzie nie trafisz. Uważasz, że pierwszy raz nas to spotyka? Zayn to uciszy i zakończą śledztwo. A myślałaś, że co zawsze robimy?
- To dlaczego usłyszałam w twoim głosie, że się wkurzyłeś, hmm?
- Bo myślałem, że już dawno to zamknęli, a jak widać, wciąż bawią się w szukanie dowodów, których tam nie ma – wytłumaczył.
- Skoro wiem, co w związku z tym, teraz możesz wytłumaczyć, dlaczego od 2 tygodni nie miałam z tobą żadnego kontaktu.
Po drugiej stronie zapanowała długa cisza i aż musiałam sprawdzić, czy się nie rozłączył.
- Nie jesteś moją dziewczyną, żeby, tłumaczył ci się ze wszystkiego i gadał z tobą codziennie – powiedział nerwowo i się rozłączył.
Cudownie. Przecudownie. Mam ochotę czasem go udusić. I to wszystko. Właśnie tak ten idiota skutecznie omija jakiś temat i naprawdę zaczyna to mnie irytować. I jeszcze te jego dogryzki: 'nie jesteś moją dziewczyną'. Oczywiście, że nie jestem. I nigdy nie będę. Wtedy całkiem popieprzyłoby nas oboje. Jedyny sposób, w jaki się z nim związałam to gang.

***


Nie odpuszczę tak łatwo, moja rodzina musi być bezpieczna. Ja sama jakoś się obronię, ale oni nie i właśnie w tym jest problem. Przez tych ludzi moja mama dostała zawału, więcej rzeczy nie może się stać. Jeśli będzie trzeba, to się tam przeprowadzę, ale na razie spróbuję załatwić to w inny sposób. Jeżeli ci ludzie myślą, że są niezauważalni, obserwując dom moich bliskich, to słono się mylą. Może i dowiedziałam się dopiero teraz, może trochę zbyt późno, ale mogę jeszcze coś zmienić i ochronić rodzinę. Jak nie ja, to nikt inny tego nie zrobi. To ja odpowiadam za to od przeszło 6-7 lat i zrobię wszystko, co będzie potrzebne, by w końcu każdy zaznał spokoju, żeby nie żyć pod strachem.
Podjechałam pod bramę tej rezydencji jakieś 5 minut temu i od tego czasu usilnie dzwonię tym domofonem, nie mogąc się dostać na posesję. Czy oni wszyscy pogłuchli? Okej, jest wieczór i już ciemno, ale nikt o tej porze nie idzie spać. Umyślnie nie chcą mi otworzyć albo ktoś ich pozabijał. No, innego wytłumaczenia w tej sytuacji nie ma.
Nieustannie dzwoniłam i dzwoniłam, niemalże leżąc już na oknie auta, gdy wychylałam się przez nie i kiedy już straciłam jakąkolwiek nadzieję na to, że tam wjadę, brama automatycznie się otworzyła, wprawiając mnie w lekkie zaskoczenie. Czyli jednak mnie nie zbywają? Myślałam, ze mają mnie całkiem w dupie i chciałam już odjeżdżać. Dobrze zrobiłam, że jeszcze chwilę wstrzymałam się z powrotem.
Ponownie wyprostowałam się na siedzeniu i ruszyłam, wjeżdżając na posesję. Na podjeździe zobaczyłam białe auto, stojące trochę dalej i był to jedyny pojazd pod budynkiem. Zaparkowałam blisko wejścia, wysiadłam i podbiegłam do drzwi. Nie zdążyłam w nie nawet zapukać, bo otworzył mi Niall. Z wnętrza domu dochodziła zadziwiająca cisza, więc to też mnie trochę zaskoczyło, bo mieszka tu nie mało osób i logiczne, że często jest tu głośno.
- Cześć, Cassandra. - Zmarszczył brwi na mój widok. - Co tu robisz? Nie dzwoniłaś, że...
- Powiedz, że Tomlinson jest w domu – przerwałam mu, nawet się nie witając.
- Jest. Tylko myślę, że to nie jest odpowiedni moment na odwiedziny. Nie doszedł w pełni do siebie. Chyba nie powinnaś...
- Och, przestań pieprzyć, Niall. - Przepchnęłam się obok niego, wchodząc do środka. - Nie przyjechałam tu po to, by gadać o tym, co się stało. Mam sprawę, dlatego tu jestem i tylko wy możecie mi w tym pomóc.
- No, to mów, o co chodzi, jak już jesteś – odpowiedział, zamykając za mną drzwi, kiedy ja przemierzałam już korytarz.
- O nie – zaprzeczyłam niemal od razu. - Najpierw to ja muszę pogadać z Louisem, a nie z tobą.
- Ale mówiłem ci...
- Słyszałam za pierwszym razem. Bądź już cicho, bo jesteś osobą, którą najbardziej toleruję z was wszystkich, ale za chwilę to może się zmienić, jeśli staniesz mi na drodze, Horan – ostrzegłam go.
Wpadłam do przestronnego salonu, a widok, który zobaczyłam, spowodował, że zatrzymałam się w miejscu. Okej, spodziewałam się, że będzie w tym momencie użalał się nad sobą, ale nie tak i nie w takim towarzystwie. Siedział ze swoją siostrą na kanapie, pochłaniając wraz z nią butelkę z przezroczystym trunkiem, zapewne wódką. I całkiem dobrze im to szło, bo połowy już nie było, a oni pili dalej.
- Ja pierdolę – wymamrotałam. Może rzeczywiście trzeba było przyjechać jutro?
- Mówiłem, że to nie najlepszy moment – usłyszałam obok Nialla.
Spojrzałam na niego i pokiwałam głową, trochę nie wiedząc, co robić.
- Życie jest takie popierdolone, siostra... - doszedł mnie schlany głos Tomlinsona, co utwierdziło mnie w tym, że wciąż nie jest dobrze. - Powiedz, że ją kochałaś. Ta butelka nie musi być ostatnią.
- O tak – odpowiedziała białowłosa. Otworzyłam szeroko oczy, słysząc ich rozmowę. - Była tak p-piękna – wybełkotała.
- Jezus Maria. - Uniosłam dłoń i przetarłam nią twarz. - Od której oni piją?
- Byłoby z godzinę – odparł blondyn. - Jak widzisz, trochę... są już wstawieni.
- Są nawaleni w cztery dupy. Przecież tam stoi jedna butelka. Jak tak szybko zdołali się upić? - zapytałam, wciąż patrząc z wejścia na rodzeństwo.
- No nie całkiem jedna. - Podrapał się po głowie.
- I wy nic z tym nie zrobiliście?
- A co mogliśmy? Nie wchodzimy im z butami w życie. Czasami mają chwile słabości, tak jak dziś. Nic nie możemy zrobić. Chce się upić do nieprzytomności, a niekiedy naprawdę jest lepiej, gdy to zrobi.
- Co takiego? - zapytałam oszołomiona.
- Ma trochę problemów, mówiąc ogólnie. Już i tak pochowaliśmy jego cały alkohol, więc nawet jakby nie chciał, to ich ostatnia butelka.
Zamknęłam oczy i głęboko odetchnęłam. Dajcie mi sił, bo kogoś uduszę. Nie przyjechałam tu, by gadać z pijanym.
Ruszyłam w kierunku tej dwójki, a gdy stanęłam przed nimi i się rozejrzałam, wokół leżały jeszcze 3 puste butelki. Zrobiłam jeszcze jeden krok do przodu i wtedy dziewczyna uniosła głowę i mnie dostrzegła.
- O kurwa, chyba mam halucynacje. - Przetarła dłońmi oczy. - Gadaj, co chcesz, ale ja więcej nie piję. - Nagle otrzeźwiała i patrzyła na mnie jak na zjawę, z czerwonymi od alkoholu policzkami.
Louis również spojrzał na mnie i widziałam, jak zmrużył oczy.
- To nie halucynacje, Lottie. Pijemy dalej. - Odkręcił butelkę i polał alkoholu do dwóch małych kieliszków. - To tylko moja przepiękna wspólniczka. Dalej, siostra, pijemy za Cassandrę! - krzyknął i wlał w siebie kolejne procenty. - Czego nie pijesz? - Zmrużył oczy, spoglądając na siostrę, a jej twarz z czerwonej robiła się blada.
- Chyba się zaraz porzygam – wymamrotała, patrząc na niego z szeroko otwartymi oczami i naprawdę nie wyglądała za dobrze.
- Oho, pani już podziękujemy. - Podszedł do nas Niall i uniósł dziewczynę z kanapy. - Zostajesz u nas, ale jak się na mnie zrzygasz, to licz tylko na kanapę – powiedział w jej kierunku, gdy szli w stronę schodów. Usłyszałam tylko jej niezadowolony jęk.
- Ej, nie skończyliśmy! - krzyknął szatyn za nimi, podnosząc butelkę w górę.
- Przymknij się, człowieku! Już swoje wypiliście! - odkrzyknął mu Niall.
- Ja nie wypiłem – wymamrotał pod nosem, odstawiając butelkę na ławę.
- Czy mógłbyś przynajmniej udawać, że mnie widzisz i że tu jestem? - Skrzyżowałam ramiona na piersiach, a on ponownie wlał do kieliszka wódkę.
- Widzę cię bardzo wyraźnie. - Uniósł szkło do ust.
- O nie! - zaprotestowałam i w szybkim tempie do niego podeszłam, wyrywając mu z dłoni kieliszek, ale zdołał już wypić jego zawartość.
- Co kurwa?! - krzyknął, kiedy zabrałam i butelkę, i kieliszek, i odsunęłam je jak najdalej od niego. - Oddaj to!
- Jesteś pijany! Słyszysz siebie w ogóle?!
- Bardzo doskonale.
- Tak? To kim ja jestem? - wskazałam na siebie, by sprawdzić, jak źle z jego głową jest i czy już coś mu się w niej popieprzyło.
- To ty nie wiesz, jak się nazywasz, Natalie? - Uniósł jedną brew do góry i sprawił tym, że mnie rozniosło w jedyny możliwy sposób.
- Ogarnij się w końcu! - złapałam za jego bluzkę i zaczęłam szarpać. - Nie jestem Natalie!
Nim się obejrzałam, moja ręka zderzyła się z jego policzkiem, a w tym samym momencie do salonu weszli Zayn i Harry.
- Cassandra? - Momentalnie otrzeźwiał, wytrzeszczając na mnie oczy.
- Nie, duch święty, zeszłam z nieba – zakpiłam z niego. - Już sobie wszystko uświadomiłeś czy nadal masz we łbie powalone? - zapytałam, ale nic nie odpowiedział i tylko na mnie patrzył. - Dobra, inaczej. Chłopaki, możecie tu podejść? - zawołałam ich i zaraz pojawili się obok.
- Jeśli chcesz, żebyśmy coś mu przetłumaczyli, to nie ma szans. - Zayn pokręcił głową, opierając łokcie o oparcie drugiej kanapy.
- Z tym to sobie poradzę. Powiedzcie, czy on będzie cokolwiek jutro pamiętał, jeśli dziś powiem coś ważnego?
- Ile poszło butelek? - zapytał Harry, z dłońmi wciśniętymi w kieszenie spodni.
- Chyba niecałe cztery. - Jeszcze raz rozejrzałam się po pomieszczeniu.
- Pili we dwoje? - zadał kolejne pytanie.
- No raczej, na to wygląda. Nie wiem dokładnie, czy pili oboje cały czas, bo dopiero przyjechałam – wytłumaczyłam.
- Gdyby wypił dwa razy więcej, to zapewne straciłby pamięć. Po obliczeniach, sam wypił jakieś półtorej butelki, a to mało jak na niego. Ma mocną głowę, będzie pamiętał wszystko.
- Ale na pewno? - Uniosłam brwi, nie bardzo w to wierząc.
- Louis? - Harry zwrócił uwagę szatyna, a ten odwrócił do niego głowę. - Ile palców widzisz? - Wystawił mu na widok dwa palce – wskazujący i środkowy, tworząc znak pokoju.
- Dwa – odpowiedział bezbłędnie Tomlinson. Aż byłam w szoku, że jednak coś kuma.
- Widzisz? Otrzeźwiał, jak dałaś mu z liścia. - Wzruszył ramionami.
- To w takim razie, czy moglibyście zawołać resztę gangu? Najlepiej teraz – poprosiłam. - Mam coś pilnego do przekazania.
- Okej, daj nam jakieś 10 minut. - Zayn kiwnął głową, a ja przytaknęłam w podzięce.
- Jak zebranie, to idziemy do... - Louis już wstawał, ale skutecznie zatrzymałam go, łapiąc za ramiona i usadzając z powrotem na kanapie.
- O nie, ty siedź i się nie ruszaj – nakazałam. - Chłopaki, lepiej niech wszyscy przyjdą tutaj – poleciłam, przytrzymując szatyna.
Zgodzili się ze mną i za chwilę już ich nie było. Puściłam Tomlinsona i usiadłam obok niego. Od razu doszedł mnie nieprzyjemny zapach z jego ust, gdy odwrócił do mnie głowę i chciał coś powiedzieć. Dobra, teraz już rozumiem, dlaczego Tristan tak bardzo wkurza się na mnie, kiedy piję. I teraz przysięgam sobie, że przez przynajmniej kolejny tydzień nie wezmę tego do ust.
- Po co chcesz robić to zebranie? - zapytał trochę przymulony.
- Moja rodzina jest w niebezpieczeństwie. Tamten gang ich obserwuje.
- Co takiego? - Szerzej otworzył oczy. Widać było, że wszystko do niego dociera.
- Liczę na waszą pomoc, nic nie może im się stać. Tylko wy jesteście w stanie temu zapobiec. - Popatrzyłam w jego przekrwione oczy, ale wyczułam, że nawet w tym stanie był świadomy i przyjmuje wszystkie informacje do siebie. Nie był aż tak pijany, na jakiego wyglądał.
- Masz to jak w banku. Pomożemy – obiecał, a ja przytaknęłam.
Mam nadzieję, że będziemy mieć szczęśliwy koniec.

***
________________________________________

 Życzę Wszystkim Wesołych Świąt!